Blog Z Apteki pod Liściem Szerokim

RSS

Zdarzyło się

Zdarzyło się dzisiaj coś niezwykłego. W bardzo krótkim czasie pacjent, lekarz i aptekarz odczuli te same emocje: wstyd i zażenowanie. Historia rozpoczęła się absolutnie banalnie: przychodzi pacjent do apteki i podaje receptę. Nie dzieje się w tym momencie absolutnie nic niezwykłego.

A gdyby zacząć tak: przychodzi do apteki, prowadzony przez córkę dziewięćdziesięcioletni pacjent w trakcie leczenia onkologicznego. Córka pomaga mu zająć w miarę wygodne miejsce na krzesełku w aptece, a sama podaje recepty. Farmaceutka kolejno przynosi przepisane na drukach leki. Przystępuje do realizacji recept. Kolejno wpisuje: PESEL, REGON, nr lekarza, wstukuje na klawiaturze litery składające się na nazwę leku, wybiera rodzaj odpłatności wskazany przez lekarza. Pierwsza recepta zostaje zrealizowana. Teraz druga: PESEL, REGON… Kolejna recepta zrealizowana. Czas na ostatnią: PESEL, REGON…  nr lekarza nieczytelny! Akurat się nie odbił. A rano przyszło pismo z Izby Aptekarskiej, aby nie realizować dla własnego bezpieczeństwa recept z błędami w postaci między innymi nieczytelnych pieczątek.

Zrobiło się tak jakby kwaśno i mało komfortowo. Pacjent zamiejscowy, lek niezbędny, a pełno płatnie bardzo, bardzo drogi.

Rozpoczął się dialog między Starszym Panem a Córką: – Nie bierzmy tego i jedźmy już do domu, jestem zmęczony.- mówił Starszy Pan,  – Tato, musisz mieć leki przeciwbólowe, bez tego nie możemy wrócić. – mówiła Córka.

Była to jedna z trzech recept wystawionych tego dnia, przez tego samego lekarza, dla tego samego pacjenta. Były realizowane kolejno w tej samej aptece. Pozostałe dwie miały prawidłowo odbite pieczątki, z których bez problemu odczytałam nr lekarza. To wszystko jest przecież takie proste i oczywiste!

Przede mną siedzi pacjent, który marzy tylko o tym, żeby wrócić do domu, a ja mam kłopot, ponieważ wiem, że w trakcie kontroli nikt nie posłucha historii o starszym schorowanym Panu, jego Córce, ich codziennym zmaganiu się z ciężką chorobą. Kontroli podlegają druki recept – zimne, szeleszczące papierki z literkami i cyferkami i człowiekiem zamkniętym w numerze PESEL.

Gdyby chociaż raz osoba tworząca te wszystkie przepisy i udogodnienia stanęła na miejscu farmaceuty z dylematem: wydać czy nie wydać? Zaryzykować i zapłacić ewentualnie samemu czy… Gdyby chociaż raz Urzędnik Państwowy popatrzył w oczy rodziców dziecka wypisywanego z Oddziału Chirurgii Onkologicznej, chcących zrealizować nie do końca poprawnie wystawioną receptę pisaną ręką chirurga, z jego najlepszą wiedzą i wolą. Gdyby chociaż raz!

Nie da się zapomnieć wyrazu twarzy takiego rodzica, który z obłędem w oczach zabiera dziecko ze szpitala wraz z wypisem, na który czekał pół dnia i dostaje receptę, do której w  wyniku pośpiechu lekarza wkradł się niewielki, ale za to istotny od strony formalnej błąd. Ciężko jest nawet opisać same uczucia towarzyszące takiej sytuacji, a jest to przecież nasza codzienność. Powiedzenie „przepraszam” w takiej sytuacji nic nie daje, bo serce rodzica śmiertelnie chorego dziecka jest niewrażliwe już na żadne „przepraszam”. Wydać pełno płatnie dla naszej wygody? To rozwiązanie najprostsze, a jednocześnie najpodlejsze. Pozostaje jeszcze zaryzykować i spróbować poprawić receptę u lekarza, który ją wystawiał, co często graniczy z cudem.

Starszy Pan wraz z Córką pojechali do domu z kompletem zapisanych leków, zapłacili za nie tak, jakby recepty były wystawione bezbłędnie. I znowu to okropne „przepraszam”, tym razem z ust schorowanego dziewięćdziesięciolatka – człowieka, który czuje się winny. Właściwie winny czego? Przecież nie ma tam grama Jego winy, a mimo wszystko niewyraźnie odbita pieczątka paradoksalnie  „odbiła się” na Jego nastroju. Czy to koniec koszmaru?

Etap ostatni. Wizyta u lekarza. Krok pierwszy: pokonać kolejkę chorych, zniecierpliwionych ludzi, którzy czasami po kilka godzin czekają na swoje „pięć minut”. Krok drugi: przekonać lekarza do poprawienia recepty, w sposób elegancki i pozbawiony złych emocji.

Uzbrojona w wolę walki, w imię słusznej sprawy, zaatakowałam. Pewnym krokiem minęłam kolejkę oczekujących, starając się nikomu nie patrzeć w oczy i dotarłam do gabinetu. Stanęłam w progu przedstawiając się i wyjaśniając w telegraficznym skrócie, co mnie sprowadza. To, co się chwilę później wydarzyło, pozbawiło mnie resztek energii niezbędnej do prawidłowego funkcjonowania w grupie homo sapiens.

Lekarz, profesor, człowiek dwukrotnie starszy ode mnie zaczął mnie przepraszać za błąd, który popełnił. Na jego twarzy malowało się autentyczne poczucie wstydu i zażenowania. Człowiek, który z oddaniem walczy o ludzkie życie, przeoczył taki mały, w obliczu tego, co robi  na co dzień, szczegół! Tego było zbyt wiele. Brak tuszu w jednym miejscu na blankiecie zepsuł humor tylu osobom! Pal sześć czas, który został zmarnowany na poprawianie, rozważania i dyskusję o „błędzie w postaci niewyraźnie odbitej pieczątki”. Ale ile emocji temu towarzyszyło ze strony pacjenta, lekarza i farmaceuty…

 

 

 

komentuj 2 komentarzy

O skutkach wprowadzania reformy

Pani magister co pani robi o tej porze w aptece? Przecież zamykacie o 19 a jest 23!- zapytał mnie sąsiad, którego spotkałam przed lokalem. Faktycznie była 23, a ja przyjechałam do apteki po antybiotyk dla mojej córki.

Wszyscy wiedzą, że małe dzieci chorują, najczęściej w chwilach największej zawieruchy wkoło. Tak było 2 stycznia roku Pańskiego 2012.  Nie czuję potrzeby realizowania recept tylko w aptece, w której pracuję, ale tym razem zmusiła mnie sytuacja. To był ciężki dzień. Chore dziecko to już nadto atrakcji. Wizyta u specjalisty na drugim końcu miasta w jedynym wolnym terminie, czyli na 19. Byłam szczęśliwa wychodząc z gabinetu przed 20 i trzymając w ręce prawidłowo wystawioną receptę. Ponieważ na trasie miedzy gabinetem pediatry a moim domem są trzy apteki czynne co najmniej do 22, nawet mi nie przyszło do głowy żeby jechać do siebie. Kiedy podjechałam pod pierwszą z nich o 20:05 i zobaczyłam na drzwiach informację: „Zamknięte z powodów formalnych.”

Przypomniałam sobie, że faktycznie część z pośród właścicieli aptek nie dopełniła jeszcze formalności związanych z wejściem w życie nowej ustawy. Ruszyłam dalej, przecież mam po drodze jeszcze dwie apteki. Kolejna – zamknięta o 20:15 chociaż powinna być czynna do 21, bez informacji. Została mi już tylko jedna po drodze. Byłam wtedy już całkiem spory kawałek za miastem. Podjeżdżałam do niej z szybciej bijącym sercem niż zwykle. Przyznam szczerze że zaklęłam w duchu kiedy zobaczyłam że i ta ostatnia jest zamknięta. Ręce mi opadły, bo wiedziałam, że zaraz muszę podać antybiotyk mojemu kaszlącemu, choremu dziecku, a Królewna już przysypiała. Wiedziałam, że nie mogę z Nią wrócić do miasta, bo wyjmowanie Jej takiej zaspanej z samochodu i wnoszenie do apteki przyniesie więcej szkody niż pożytku.

Ostatnie kilka tygodni grudnia poświęciłyśmy w pracy na to, żeby wystartować od poniedziałku. Nie było łatwo, bo wymogi formalne odnośnie dokumentów wymagały kilkakrotnego jeżdżenia do oddziału NFZ . Dałyśmy rade. Dlaczego innym się nie udało? Nie chciałam wierzyć w to co przeczytałam tuż przed końcem roku, że nawet 40% aptek w moim rejonie nie jest przygotowanych do pracy w 2012 roku. To niemożliwe, nie aptekarze! A jednak musiałam się przekonać na własnej skórze. Ja miałam możliwość pojechania po leki do siebie do pracy, kiedy położyłam dziecko spać i zostawiłam pod troskliwą opieką. Co z tymi, którzy nie mają takiej możliwości? Ktoś mnie kiedyś spytał dlaczego wożę dziecko do pediatry na drugi koniec miasta. Odpowiedziałam, że ze względu na doświadczenie i odwagę lekarki, która mimo wieku emerytalnego ma najnowocześniejszy gabinet w mieście, nie zasłania się przeszkodami „ formalnymi” z wypisywaniem recept, tylko idzie z postępem, duchem czasu i potrafi się dostosować do realiów. Dla niej najważniejszy jest pacjent. Wielu mogłoby się od niej uczyć.

komentuj 0 komentarzy

Dzień Wigilijny

Czy dyżur w aptece w Dzień Wigilijny różni się czymś od pracy w inne dni w roku?
Zazwyczaj w ten szczególny dzień jesteśmy myślami już zupełnie w innym wymiarze i tylko odliczamy minuty do końca zmiany. Jedną ręką wydajemy leki, a drugą w myślach wyciągamy w kierunku opłatka. Można tego dnia dostrzec bezkresny ocean samotności, który rozlewa się wśród starszych ludzi, o których rodziny zapomniały. W pamięci powracają Ci, którzy do wigilijnej wieczerzy już nie usiądą, a których twarzy nie jesteśmy w stanie zapomnieć.  Świat zamiera w ciszy zbliżając się ku wieczorowi.

Tego dnia także zdarzają się cuda: te mniejsze, a czasami i większe. Najważniejsze, żeby tego cudu nie przeoczyć i docenić te, które cały czas trwają, dostrzec cuda najmniejsze, nawet takie, które z pozoru na cuda nie wyglądają.

Tuż po otwarciu apteki wbiegła pani z plikiem weterynaryjnych recept. Drżącą ręką podała je i opowiedziała co się stało. Jak co roku udekorowała świątecznie mieszkanie: postawiła choinkę, porozwieszała stroiki. Dodatkowo kupiła Gwiazdę Betlejemską, roślinkę doniczkową, która od pewnego czasu stała się tak samo ważnym symbolem świąt jak drzewko. Niestety nie była świadoma, że roślinka jest bardzo trująca. Niczego nie podejrzewając dopuściła do tego, że jej ukochany pies najadł się kolorowych listków. Efektem tego było ostre zatrucie. Kiedy tylko zorientowała się co się stało, od razu pobiegła do weterynarza.  Pieska poddano leczeniu objawowemu w klinice i odesłano do domu z nadzieją, że może coś uda się zrobić. Przez cały wigilijny dzień temat zatrutego zwierzaka powracał. Pani jeszcze kilkakrotnie przychodziła po leki, zestawy do kroplówek i inne pomoce.
- Nie udało się – powiedziała, kiedy przyszła ostatni raz. Zapłakana, ze zwieszoną głową i dość mocno zmęczona całym dniem. Walczyła bardzo dzielnie, chociaż sytuacja nie dawała zbyt wielkich szans na powodzenie od początku.

Robiło się coraz później i nadchodził czas, kiedy należało już iść w stronę domu. Jeszcze tylko sprzątnę aptekę i …
W kącie, obok podjazdu dla osób niepełnosprawnych siedział królik, taki ze zwieszonymi uszkami, baranek. Małe stworzonko, przestraszone i takie nieporadne. A na dodatek trafiło jakby nie w te święta co trzeba! Pomyślałam, że w Wigilię to zawsze coś się dzieje niezwykłego: pacjenci gubią portfele, kłócą się z najbliższymi, podejmują ważne życiowe decyzje, ale królik tuż przed zamknięciem apteki to już przesada!

Nie mogłam go zabrać do domu, ponieważ moje psy i kot nie tolerują gryzoni. Nie mogłam go także zostawić w aptece, bo to nie jest miejsce, gdzie można trzymać zwierzaki. Kiedy sprawdzałam recepty, a królik co jakiś czas zerkał na mnie, przyszła mi do głowy pani, która tak bardzo dzisiaj walczyła o innego zwierzaka. Takiego, którego bardzo kochała. Zadzwoniłam do niej i umówiłam się, że coś jej przyniosę wracając z pracy.
Otworzyła mi cała zapłakana. Kiedy zobaczyła, co trzymam w rękach, jakby lekko się ożywiła. Podałam jej króliczka. Przytuliła go. Zanurzyła twarz w rudym futerku. Potem się rozpłakała. Szybciutko opowiedziałam jej całą historię, a ona powiedziała coś co mi utkwiło w pamięci: „To taki malutki cud, dobrze, że go pani w porę dostrzegła, powstanie z tego wiele dobrego.”

Z okazji Świąt Bożego Narodzenia życzę wszystkim czytelnikom, aby dostrzegali i doceniali cuda, nawet te najmniejsze, bo może z nich powstać jeszcze więcej dobrego niż potrafią sobie nawet wyobrazić.

komentuj 0 komentarzy

Zdjęcia RTG

Kiedy już wybiła punkt 19, podłoga lśniła czystością, a moje myśli były skierowane ku domowym pieleszom. W momencie, kiedy zamykałam drzwi, zobaczyłam stojącego w strugach deszczu chłopaka. Ręce miał złożone jak do modlitwy i prosił, żeby mu koniecznie otworzyć. Nie miał co prawda w ręce recepty, ale widać było, że jest w potrzebie. Krzyknęłam do koleżanki przy okienku, żeby nie wyłączała komputera. Otworzyłam młodzieńcowi. Wtoczył się powoli razem z rowerem do środka pozostawiając po sobie kałużę niemal jak Morze Czerwone. Otrzepał się z wody i zapytał: „Przepraszam, czy nie wie Pani jak dojechać do ulicy Roentegena, tego od zdjęć RTG?”.

 

komentuj 0 komentarzy

Wspomnienie lata

Jest to wspomnienie nie takie zwyczajne, bo nie ma w sobie szumu fal oceanu ani szemrania górskiego potoku. To wspomnienie o smaku ogórków kiszonych. Któregoś pięknego , letniego dnia odwiedziła naszą aptekę starsza Pani. Podała receptę i cierpliwie czekała aż przyniosę wszystkie zapisane na niej specyfiki. Nie było tego dużo. Kiedy podałam jej leki i poinformowałam ile ma do zapłacenia, Ona wyjęła z torby słoik ogórków kiszonych domowej roboty i powiedziała: „Teraz się wymienimy”. Postawiła go na blacie, zabrała leki, po czym najspokojniej w świecie wyszła. Wprawiła mnie w lekką konsternację tym zachowaniem, ale przystałam na jej propozycję. Koszt leków nie był wysoki, a wybrnięcie z całej sytuacji zahamowałoby ruch kolejki na bardzo długo. Powiem na ten temat jeszcze tylko tyle’ że ogórki były pyszne, a sok doskonale gasił pragnienie w upalny dzień. Pani najwyraźniej znała się na rzeczy.

Przepis na pyszne ogórki kiszone.
Zebrane w ciepły lipcowy poranek ogórki myjemy dwukrotnie w zimnej wodzie. Do wymytych i wyparzonych słoików wrzucamy po 3 ząbki czosnku i trochę suszonego kopru włoskiego. Układamy ogórki. Jeżeli zależy nam, aby szybko się ukisiły, należy poobcinać końcówki z dwóch stron ogórka. Zalewamy  gorącą zalewą przygotowaną według przepisu: pięć płaskich łyżeczek soli na litr wody. Słoiki zakręcamy i ustawiamy dnem do góry. Smacznego

komentuj 0 komentarzy

Gołąbki


Starsza kobieta klęczała przed Panem od Gołębi i, zalewając się łzami, całowała go po rękach.
Pani magister, czy widziała pani, jak bardzo brudzą te okropne gołębie?! Toż to tylko choróbska roznoszą, a ja się tak o te moje dzieci boję, żeby czegoś nie złapały. Przeganiam ptaszyska codziennie, a one wracają. Założyłem już nawet kolce na parapecie i rozwiesiłem druty, żeby tylko sobie poleciały paskudy jedne. Co z tego, że ja tak bardzo dbam o to, żeby ich tu nie było, skoro ten pan ciągle je dokarmia. Tyle razy go przeganiałem razem z tymi jego pierzakami – dziada jednego starego, a on dzień w dzień przychodzi tu i rozsypuje kaszę, chleb i kto go tam wie, co jeszcze. Jest tak punktualny, że można zegarki nastawiać. Po co ten człowiek życie marnuje na te wstrętne ptaki?! Widziała pani, jaki obszarpany jest i zaniedbany? Nic na niego nie działa: ani  jak na niego krzyczę, ani nawet jak mu te gołębie potrułem. On tylko się łagodnie uśmiecha albo patrzy ze łzami w oczach, kiedy na niego krzyknę! Już nie mam na niego pomysłów – narzekał sąsiad.

Faktycznie, codziennie można spotkać w pobliżu naszej apteki nietuzinkową postać. Wysokiego, dobrze zbudowanego mężczyznę, ubranego w ciemny płaszcz, kroczącego spokojnie od trawnika do trawnika i rozsypującego pożywienie dla ptaków. Ten starszy człowiek ma w sobie siłę i łagodność. Ze zniszczonego, skórzanego nesesera wykłada porcje ptasich przysmaków i patrzy, jak jego podopieczni pałaszują. Kiedy przechodzi, zewsząd pojawiają się skrzydlaci przyjaciele. Wiatr unosi pióra, które zostają na chodniku po przejściu tego niezwykłego korowodu. Widok ten tak bardzo spowszedniał okolicznym mieszkańcom, że nikogo już właściwie nie dziwi. Tym bardziej nikt do tej pory nie zadał sobie pytania, kim jest ten niezwykły człowiek, który nie opuścił ani jednego dnia (czy słońce, czy deszcz), żeby nakarmić gołębie. Bo to właśnie głównie gołębie przybywają na ucztę.

Od kiedy na receptach pojawiły się pesele, aptekarze wiedzą oprócz tego, gdzie pacjent mieszka i jak się nazywa, także to, w jakim jest wieku. Taką też wiedzę posiadłyśmy i my, realizując recepty przynoszone przez Starszego Pana. Ptasi opiekun przyjeżdżał z daleka i mało kto domyśliłby się, patrząc na niego, że ma ponad 80 lat. Sprawiał wrażenie człowieka żyjącego w pełnej harmonii z naturą i pogodzonego z losem. Zawsze emanował spokojem. Miał tak jasne oczy, wydawało się, że ich błękit zlewa się w jedność z siwizną jego włosów. Niezależnie od pogody, zawsze ubrany w ciemny płaszcz jak w służbowy uniform, kroczył spokojnie. Nie mogę zgodzić się z sąsiadem, że był człowiekiem zaniedbanym. Wielokrotnie przyjmowałam od niego recepty, widziałam jego zadbane dłonie. Miał wyjątkowo piękne, smukłe palce. To wszystko sprawiało, że nie sposób było go nie zauważyć.
Któregoś dnia w okolicach południa wszedł do apteki ów tajemniczy miłośnik gołębi. Podał receptę i cierpliwie czekał, aż przyniosę wszystkie przepisane pozycje. Kiedy wróciłam z zaplecza, moim oczom objawiła się niesamowita scena. Starsza kobieta klęczała przed Panem od Gołębi i, zalewając się łzami, całowała go po rękach. On próbował ją podnieść z ziemi i uciszał. Sprawiali wrażenie jakby się znali, ale takie powitanie było co najmniej krępujące. Po chwili sytuacja jakby się ustabilizowała. Oboje siedli przy stoliku i zaczęli rozmawiać. Pan przeprosił i powiedział, że odbierze leki jutro. Za chwilę wstał, pożegnał się bardzo elegancko ze wszystkimi i wyszedł.

Pani poprosiła o szklankę wody i postanowiła chwilę ochłonąć z emocji. Po jakimś czasie wstała z krzesła i podeszła do okienka. Była jeszcze lekko zdenerwowana. Przeprosiła za zamieszanie, jakie wyniknęło z powodu jej zachowania, i cichym głosem opowiedziała, skąd zna Pana od Gołębi. Okazało się, że ów Pan jest emerytowanym lekarzem, specjalistą ginekologiem-położnikiem. Po wojnie odbywał staż w szpitalu w okolicach Wrocławia, był wtedy młody i jeszcze mało doświadczony, natomiast miał cechę najważniejszą dla lekarza – szanował pacjenta i widział w nim człowieka. Ze względu na specjalizację, jaką wybrał, było to szczególnie cenne. Widział w pacjentce kobietę i jej ludzkie emocje: strach, czasem rozpacz. Potrafił okazać serce w chwilach dla niej najtrudniejszych, nigdy się nie poddawał i walczył do końca o każde życie. Mówił, że „zawsze jest czas, żeby się poddać”. To właśnie powtarzał przed laty pani, którą spotkał w naszej aptece, kiedy kolejne ciąże kończyły się niepowodzeniami. Potrafił przyjść w nocy do sali, kiedy płakała, i potrzymać ją bez słowa za rękę. Nakłaniał do kolejnych prób. W końcu, kiedy się udało, był przez cały czas przy niej, kiedy rodziła prawie przez dwa dni. Ludzie wiedzieli, że nieważne czy słońce, czy deszcz on, jak obieca, to będzie. Tą niezłomnością i wytrwałością zarażał innych. Po kilku latach pracy w podmiejskim szpitalu dostał ofertę zagranicznego kontraktu. W czasach PRL-u była to ogromna szansa. Skorzystał z niej. Poświęcił się całkowicie pracy, zaniedbując życie osobiste. Kiedy przeszedł na emeryturę, wrócił do Polski. Pani magister, ja te oczy to poznałabym wszędzie, to bardzo dobry człowiek, On mi życie uratował, mnie i mojemu dziecku – opowiadała wyraźnie wzruszona pacjentka. Wie pani, co On mi zawsze mówił, jak traciłam kolejne ciąże? Że Dusze Aniołków jak gołębie lecą do nieba…

komentuj 0 komentarzy