- Hurra! Długi weekend! – rzekła moja znajoma. – Teoretycznie, biorąc tylko trzy dni urlopu, można mieć aż dziewięć dni wolnego, słyszałaś?- pytała.
- Pewnie, że słyszałam, tylko, że ktoś musi w te dni „wolne” pracować.
- To się zanudzisz, jak wszyscy pacjenci wyjadą. – kontynuowała. – Co ty będziesz robiła w tej pustej aptece przez tyle godzin?
- Jak to co? – zdziwiłam się. Będę pracowała. – odpowiedziałam zgodnie z prawdą. – Uwierz mi, że w takie „ wolne” dni dzieje się czasami o wiele więcej niż w powszednie. – dodałam.
Sięgając pamięcią wstecz przywołałam w myślach taki wolny dzień, którego nie da rady tak łatwo zapomnieć.
To był dzień teoretycznie wolny, właśnie taki jak dni między pierwszym, a trzecim maja. Niby pracujący, ale jakby pracowników nie było. Na swoich stanowiskach pozostali tylko ci, którzy „ustawowo” pracować muszą lub pracują w tak zwanym sektorze usługowym, czyli farmaceuci też ( i z mocy ustawy i rozsądku).
Słonko świeciło pięknie i zachęcało do podejmowania działań zawodowych. Tym bardziej ochoczo podeszłam do drzwi wejściowych apteki, aby o odpowiedniej godzinie otworzyć je, w celu udostępnienia usług świadczonych w tym miejscu. Kiedy chwyciłam za klamkę, zobaczyłam, że w tym samym momencie z drugiej strony chwyta za nią znajoma postać. Młody chłopak z baru mieszczącego się na końcu ulicy. Tylko, że jakiś taki był nienaturalnie blady. Wszedł wolnym krokiem i zanim zdążyłam zapytać jak mogę mu pomóc, on już siedział na krześle dla pacjentów i zalewał podłogę krwią. Okazało się, że przyczyną, która go do nas sprowadza jest rozcięty palec. Jakieś niefortunne posunięcie kuchennym nożem spowodowało naruszenie ciągłości skóry i w konsekwencji doprowadziło do całkiem obfitego krwawienia. Trzeba było działać szybko i sprawnie. Rana wyglądała na tyle poważnie, że wymagała konsultacji chirurga. Moja pomoc sprowadziła się tylko do opatrzenia rany i skierowania młodzieńca na pogotowie. Chłopak jednak nie chciał nigdzie jechać, mówił, że jest tego dnia w pracy całkiem sam. Posiedział jeszcze chwilę po czym wolnym krokiem udał się w stronę baru.
Kiedy wychodził minął się w drzwiach z kolejnym pacjentem, który już od progu krzyczał, że potrzebuje coś do hamowania krwawienia, tylko szybko! Nerwowo przebierał nogami i niechętnie odpowiadał na pytania pomocnicze o miejsce i siłę krwawienia. Bogatszy o podstawowy zestaw opatrunków zlecanych do hamowania krwawienia wybiegł z apteki.
Nie minęło pięć minut, kiedy wrócił wbiegając jeszcze szybciej, poprosił o „ jeszcze raz to samo”i znowu zniknął. Robiło się coraz bardziej interesująco. To był dopiero ranek, a tu już dwóch takich ciekawych pacjentów. Nie zdążyłam dokończyć myśli, kiedy w drzwiach pojawił się kucharz z baru, mówiąc, że opatrunek mu przecieka i robi mu się słabo i chce wody, a do pracy to nie ma siły dojść i chce sobie jeszcze posiedzieć w aptece. Usiadł. Dołożyłam kolejną warstwę bandaża na rozcięty palec i zaczęłam od nowa przekonywać młodzieńca, że dobrze by było, żeby pojechał do lekarza, że:” pogotowie mu pomoże….”. Wbiegł po raz trzeci pan, który także hamował jakieś krwawienie, tylko gdzieś za rogiem, bo za każdym razem kiedy coś kupował pędził do końca ulicy i skręcał w prawo. Tym razem poprosił o opatrunek w sprayu i jeszcze raz to samo, czyli gazę i bandaże, które brał poprzednio. Jemu także zasugerowałam, że lepiej żeby sprawą krwawienia zajęło się pogotowie. On mi odpowiedział, że pogotowie już było i powiedziało, że nie są w stanie nic zrobić. Zabrał zakupy i wybiegł. Znowu zniknął za rogiem, a tymczasem kucharz zaczął słabnąć, jakiś taki sino –zielony się zrobił, ale upór dalej go trzymał w aptece, zamiast pchać w stronę lekarza. Teraz jeszcze miał argument, że pogotowie nie było w stanie nic zrobić z krwawieniem u tego drugiego pacjenta. Przecież słyszał , co powiedział ten drugi pan.
Robiło się coraz bardziej nieciekawie. Pacjenci, którzy wchodzili do apteki dziwnie spoglądali na bladego kucharza, a on odmawiał podjęcia rozsądnych kroków, z których najwłaściwszym było udać się w końcu na pogotowie. Siedział taki biedny wpatrując się w swój palec owinięty kilkoma warstwami opatrunku, który i tak robił się coraz bardziej czerwony. Ja nie mogłam się skupić na obsługiwaniu ludzi, którzy jak na złość zaczęli się akurat teraz schodzić. Po raz kolejny w aptece pojawił się pan od opatrunków. Tym razem już był spokojny -Udało się- powiedział- sytuacja opanowana, zabieramy pacjenta we właściwe miejsce. Pomyślałam, że to cud, genialnie! Od razu wpadłam na rewelacyjny (tak mi się wydawało) pomysł, że panowie mogli by także zabrać do lekarz kucharza z rozciętym palcem. Od razu zapytałam, czy istnieje taka możliwość. Pan od opatrunków zrobił bardzo zdziwioną minę. „Przecież on żyje”- powiedział patrząc na kucharza. Teraz to ja się zdziwiłam. Pan od opatrunków podał mi wizytówkę i poprosił o wypisanie faktury na rzeczy, które kupował. Na wizytówce grubymi czarnymi literami było napisane Zakład Usług Pogrzebowych…
Po chwili wszystko było jasne. Panowie z Zakładu Pogrzebowego zostali wezwani do zabrania ciała zmarłego, który doznał urazu głowy. Przez cały czas, kiedy ja walczyłam z rozciętym palcem kucharza, panowie w sanitarce stojącej za rogiem, walczyli z rozciętą głową nieboszczyka. Kucharz przysłuchiwał się uważnie. Kiedy pan z zakładu pogrzebowego odwrócił się do niego z pytaniem, czy może go gdzieś podwieźć , chłopak dostał takiego przypływu sił życiowych, że przyspieszonym krokiem opuścił aptekę, krzycząc już w drzwiach, że „jedzie do lekarza”. Wypisałam spokojnie fakturę. Kiedy pan od opatrunków wyszedł, oparłam się o blat pierwszego stołu, całkowicie pozbawiona sił do jakichkolwiek działań.
Modliłam się, żeby nikt nie przychodził, żeby mieć chwilę spokoju. Zawiesiłam wzrok na jegomościu opartym o witrynę apteki. Pan spokojnie popijał napój w kolorze złota. Lekko chwiejąc się raz w jedną, a raz w druga stronę balansował ciałem tak, aby z puszki z napojem nie wylać przypadkiem cennej, bo złotej zawartości. W pewnym momencie pan zachwiał się mocniej niż przedtem i z impetem zderzył się z brukiem. Przez chwilę wydawało mi się że to tylko moja wyobraźnia spłatała figla, ale otrzeźwienie przyszło dość szybko, kiedy usłyszałam krzyki ludzi: „wołajcie pogotowie, on ma atak padaczki!”…
Pogotowie przyjechało bardzo szybko, na szczęście dla wszystkich.
Czy to jest możliwe, żeby tyle różnych zdarzeń miało miejsce w jednym miejscu i w tak krótkim czasie? Możliwe. Dlatego, kiedy ktoś mnie spyta, co będę robiła w taki „wolny” dzień w aptece, odpowiem, że będę pracowała.






Jestem farmaceutką i studentką dziennikarstwa. Mój prywatny świat to moja córka i dom z ogrodem. W wolnych chwilach odkrywam na nowo stare receptury tak apteczne, jak i kuchenne, a formą relaksu są dla mnie sport, muzyka i książki. Wierzę, że dobrze w życiu wychodzi nam to, co robimy z sercem.