Blog Z Apteki pod Liściem Szerokim

RSS

Długi weekend

- Hurra! Długi weekend! – rzekła moja znajoma. – Teoretycznie, biorąc tylko trzy dni urlopu, można mieć aż dziewięć dni wolnego, słyszałaś?- pytała.
- Pewnie, że słyszałam, tylko, że ktoś musi w te dni „wolne” pracować.
- To się zanudzisz, jak wszyscy pacjenci wyjadą. – kontynuowała. – Co ty będziesz robiła w tej pustej aptece przez tyle godzin?
- Jak to co? – zdziwiłam się. Będę pracowała. – odpowiedziałam zgodnie z prawdą. – Uwierz mi, że w takie „ wolne” dni dzieje się czasami o wiele więcej niż w powszednie. – dodałam.

Sięgając pamięcią wstecz przywołałam w myślach taki wolny dzień, którego nie da rady tak łatwo zapomnieć.
To był dzień teoretycznie wolny, właśnie taki jak dni między pierwszym, a trzecim maja. Niby pracujący, ale jakby pracowników nie było. Na swoich stanowiskach pozostali tylko ci, którzy „ustawowo” pracować muszą lub pracują w tak zwanym sektorze usługowym, czyli farmaceuci też ( i z mocy ustawy i rozsądku).

Słonko świeciło pięknie i zachęcało do podejmowania działań zawodowych. Tym bardziej ochoczo podeszłam do drzwi wejściowych apteki, aby o odpowiedniej godzinie otworzyć je, w celu udostępnienia usług świadczonych w tym miejscu. Kiedy chwyciłam za klamkę, zobaczyłam, że w tym samym momencie  z drugiej strony chwyta za nią znajoma postać. Młody chłopak z baru mieszczącego się na końcu ulicy. Tylko, że jakiś taki był nienaturalnie blady. Wszedł wolnym krokiem i zanim zdążyłam zapytać jak mogę mu pomóc, on już siedział na krześle dla pacjentów i zalewał podłogę krwią. Okazało się, że przyczyną, która go do nas sprowadza jest rozcięty palec. Jakieś niefortunne posunięcie kuchennym nożem spowodowało naruszenie ciągłości skóry i w konsekwencji doprowadziło do całkiem obfitego krwawienia. Trzeba było działać szybko i sprawnie. Rana wyglądała na tyle poważnie, że wymagała konsultacji chirurga. Moja pomoc sprowadziła się tylko do opatrzenia rany i skierowania młodzieńca na pogotowie. Chłopak jednak nie chciał nigdzie jechać, mówił, że jest tego dnia w pracy całkiem sam. Posiedział jeszcze chwilę po czym wolnym krokiem udał się w stronę baru.
Kiedy wychodził minął się w drzwiach z kolejnym pacjentem, który już od progu krzyczał, że potrzebuje coś do hamowania krwawienia, tylko szybko! Nerwowo przebierał nogami i niechętnie odpowiadał na pytania pomocnicze o miejsce i siłę krwawienia. Bogatszy o podstawowy zestaw opatrunków zlecanych do hamowania krwawienia wybiegł z apteki.

Nie minęło pięć minut, kiedy wrócił wbiegając jeszcze szybciej, poprosił o „ jeszcze raz to samo”i znowu zniknął. Robiło się coraz bardziej interesująco. To był dopiero ranek, a tu już dwóch takich ciekawych pacjentów. Nie zdążyłam  dokończyć myśli, kiedy w drzwiach pojawił się kucharz z baru, mówiąc, że opatrunek mu przecieka i robi mu się słabo i chce wody, a do pracy to nie ma siły dojść i chce sobie jeszcze posiedzieć w aptece. Usiadł. Dołożyłam kolejną warstwę bandaża na rozcięty palec i zaczęłam od nowa przekonywać młodzieńca, że dobrze by było, żeby pojechał do lekarza, że:” pogotowie mu pomoże….”. Wbiegł po raz trzeci pan, który także hamował jakieś krwawienie, tylko gdzieś za rogiem, bo za każdym razem kiedy coś kupował pędził do końca ulicy i skręcał w prawo. Tym razem poprosił o opatrunek w sprayu i jeszcze raz to samo, czyli gazę i bandaże, które brał poprzednio. Jemu także zasugerowałam, że lepiej żeby sprawą krwawienia zajęło się pogotowie. On mi odpowiedział, że pogotowie już było i powiedziało, że nie są w stanie nic zrobić. Zabrał zakupy i wybiegł. Znowu zniknął za rogiem, a tymczasem kucharz zaczął słabnąć, jakiś taki sino –zielony się zrobił, ale upór dalej go trzymał w aptece, zamiast pchać w stronę lekarza. Teraz jeszcze miał argument, że pogotowie nie było w stanie nic zrobić z krwawieniem u tego drugiego pacjenta. Przecież słyszał , co powiedział ten drugi pan.

Robiło się coraz bardziej nieciekawie. Pacjenci, którzy wchodzili do apteki dziwnie spoglądali na bladego kucharza, a on odmawiał podjęcia rozsądnych kroków, z których najwłaściwszym było udać się w końcu na pogotowie. Siedział taki biedny wpatrując się w swój palec owinięty kilkoma warstwami opatrunku, który i tak robił się coraz bardziej czerwony. Ja nie mogłam się skupić na obsługiwaniu ludzi, którzy jak na złość zaczęli się akurat teraz schodzić. Po raz kolejny w aptece pojawił się pan od opatrunków. Tym razem już był spokojny -Udało się- powiedział- sytuacja opanowana, zabieramy pacjenta we właściwe miejsce. Pomyślałam, że to cud, genialnie! Od razu wpadłam na rewelacyjny (tak mi się wydawało) pomysł, że panowie mogli by także zabrać do lekarz kucharza z rozciętym palcem. Od razu zapytałam, czy istnieje taka możliwość. Pan od opatrunków zrobił bardzo zdziwioną minę. „Przecież on żyje”- powiedział patrząc na kucharza. Teraz to ja się zdziwiłam. Pan od opatrunków podał mi wizytówkę i poprosił o wypisanie faktury na rzeczy, które kupował. Na wizytówce grubymi czarnymi literami było napisane Zakład Usług Pogrzebowych…

Po chwili wszystko było jasne. Panowie z Zakładu Pogrzebowego zostali wezwani do zabrania ciała zmarłego, który doznał urazu głowy. Przez cały czas, kiedy ja walczyłam z rozciętym palcem kucharza, panowie w sanitarce stojącej za rogiem, walczyli z rozciętą głową nieboszczyka. Kucharz przysłuchiwał się  uważnie. Kiedy pan z zakładu pogrzebowego odwrócił się do niego z pytaniem, czy może go gdzieś podwieźć , chłopak dostał takiego przypływu sił życiowych, że przyspieszonym krokiem opuścił aptekę, krzycząc już w drzwiach, że „jedzie do lekarza”. Wypisałam spokojnie fakturę. Kiedy pan od opatrunków wyszedł, oparłam się o blat pierwszego stołu, całkowicie pozbawiona sił do jakichkolwiek działań.

Modliłam się, żeby nikt nie przychodził, żeby mieć chwilę spokoju. Zawiesiłam wzrok na jegomościu opartym o witrynę apteki. Pan spokojnie popijał napój w kolorze złota. Lekko chwiejąc się raz w jedną, a raz w druga stronę balansował ciałem tak, aby z puszki z napojem nie wylać przypadkiem cennej, bo złotej zawartości. W pewnym momencie pan zachwiał się mocniej niż przedtem i z impetem zderzył się z brukiem. Przez chwilę wydawało mi się że to tylko moja wyobraźnia spłatała  figla, ale otrzeźwienie przyszło dość szybko, kiedy usłyszałam krzyki ludzi: „wołajcie pogotowie, on ma atak padaczki!”…
Pogotowie przyjechało bardzo szybko, na szczęście dla wszystkich.

Czy to jest możliwe, żeby tyle różnych zdarzeń miało miejsce w  jednym miejscu i w tak krótkim czasie? Możliwe. Dlatego, kiedy ktoś mnie spyta, co będę robiła w taki „wolny” dzień w aptece, odpowiem, że będę pracowała.

komentuj 0 komentarzy

Anioł Stróż

-Pamięta pani, pani magister, jak w zeszłym roku tuż przed świętami rozdarł mi się na pół banknot stuzłotowy i jedna połowa gdzieś mi się zapodziała? Pamięta pani jak go szukałyśmy? Jak sprawdzałam wszystkie torby z zakupami i we wszystkich sklepach, w których wtedy byłam, też pytałam. Przeszłam taki kawał z tymi ciężkimi siatkami, ale opłacało się, bo w końcu się znalazła ta połówka. Tylko jakoś tak do końca nie pasowała do tej, którą miałam w portfelu, ale to nic. Jakoś posklejałam, a potem zapłaciłam nią w tym kiosku z warzywami, w którym się szczęśliwie odnalazła, ta zgubiona połówka, oczywiście. Pamięta pani? To było dokładnie rok temu. Jak ja wtedy płakałam, ale pomodliłam się do Anioła Stróża, że go tak bardzo proszę, żeby ten rozdarty banknot się odnalazł. I odnalazła się. Ciężko by mi było wtedy bez tych pieniędzy.

-Pani magister i w tym roku też się modlę do mojego Anioła Stróża o pomoc. Wie pani, że przerwali moją kurację? Bo wie pani, ja mam raka. No przecież pani doskonale wie. Przerwali tę kurację, bo brakuje tego leku, który ja dostaję. Jak to możliwe, że brakuje w szpitalu lekarstwa? I to takiego! Nie bardzo to rozumiem. Pani magister, a może wy macie w aptece ten lek? Nie macie, bo to tylko na oddziały szpitalne, acha, rozumiem. To ja będę cierpliwie czekała, aż się pojawi. Jakie mam inne wyjście? Oczywiście, cały czas modlę się do mojego Anioła Stróża, tak jak w zeszłym roku. Wtedy pomógł, to i teraz pomoże.
Wesołych Świąt, pani magister.

Wszystkim czytelnikom życzę  zdrowych i spokojnych  Świąt Wielkanocnych.

komentuj 0 komentarzy

Bo ja tak nie lubię, kiedy coś się marnuje

 

 

Korzystając z przerwy śniadaniowej delektowałam się kanapką z pasztetem. Odgryzając kolejny kęs, usłyszałam znajomy, donośny głos, dobiegający z okolic pierwszego stołu. Ten głos niesie za sobą siłę i wolę walki, ten głos to jest oręż groźniejsza niż miecze, ten głos mieszka w ciele drobnej, starszej pani, która używając tego głosu jest w stanie góry przenosić.

Czasami to, co wydaje się takie niepozorne, ma w sobie moc. Owa Starsza Pani ma w zwyczaju mawiać, że „Pan Bóg sprawił, że cała jest malutka, ale ma ogromne serce”.  To prawda, serce ma ogromne i otwarte do ludzi i ten głos, którego brzmienie już niejednemu urzędnikowi zapadło w pamięć.

Kolejnego kęsu mojej kanapki z pasztetem już nie było. Zostałam poproszona do pierwszego stołu, gdzie czekała na mnie Starsza Pani o otwartym sercu i donośnym głosie. Chciała się ze mną podzielić refleksją na temat tego, jak ludzie nie potrafią rozsądnie gospodarować tym, co mają. Chciała też dowiedzieć się, jak można rozwiązać problem. Przyglądała się, jak wiele leków jest wrzucanych do pojemników ustawionych w aptekach. Pozwoliła sobie nawet na rozmowę z osobami, które wkładały opakowania nawet nieotwarte. Pytała mnie, czy to możliwe, że ludzie kupują leki, a potem ich nie zużywają? Z tego co wiem, to wszystko jest możliwe. Czasami po zastosowaniu już pierwszej dawki preparatu okazuje się, że nie wpływa on korzystnie na organizm pacjenta. Zdarza się też i tak, że leki zostają po osobach, którym już nie są potrzebne, jak wszystkie inne „ziemskie” sprawy.

Ale czy nie ma innego wyjścia niż wyrzucanie do kosza tych wszystkich leków? – dopytywała Malutka Pani o ogromnym sercu.  Zgodnie z prawem, preparat, który został wydany z apteki, nie może wrócić do ponownego obrotu. Żyjemy w takich czasach, a nie innych, leki muszą być odpowiednio przechowywane- tłumaczyłam.
„Taka szkoda, takie marnotrawstwo, przecież jest tylu ludzi, którym można by dać te leki. Ja tak nie lubię, jak coś się marnuje. Zobaczymy, co uda mi się z tym zrobić.”

Wierzę tej Pani o walecznym sercu i donośnym głosie, że faktycznie spróbuje coś z tym zrobić, może się uda. Ja też nie lubię, kiedy coś się marnuje. Wróciłam do mojej kanapki z pasztetem. Oczywiście z pasztetem domowej roboty, bo ja nie lubię kiedy coś się marnuje. Pasztet powstał jako „produkt uboczny” niedzielnego rosołu. Oto przepis:
Składniki:
¼ kaczki
2 skrzydełka z kurczaka
podroby: serduszko. żołądek, wątróbka
3 marchewki, pietruszka, seler, cebula
bułka pszenna
jajko
przyprawy: sól, pieprz, gałka muszkatołowa

Nastawiamy najzwyklejszy w świecie rosół. Najpierw obgotowujemy mięso w osolonej wodzie. Zbieramy powstały szum oraz tłuszcz (rosół z kaczki bywa tłusty). Następnie dodajemy jarzyny. W odróżnieniu od tradycyjnego rosołu, nie dodajemy kapusty włoskiej, a zamiast pora proponuję cebulę.
Całość gotujemy tak długo, aż uzyskamy przejrzysty i klarowny płyn, który możemy zaserwować jako rosół drobiowy na obiad, najlepiej z lanymi kluskami.

Odlewamy dwie chochelki rosołu, żeby namoczyć w nim bułkę. Mięso i jarzyny wyjmujemy do osobnej miseczki. Odrzucamy skórę ze skrzydełek i z tej części kaczki, którą ugotowaliśmy. Mięso, jarzyny oraz wcześniej namoczoną bułkę mielimy. Doprawiamy pieprzem, solą i gałką muszkatołową. Mieszamy z jajkiem. Masę przekładamy do formy, którą można wyłożyć cienkimi plastrami słoniny. Pieczemy w temperaturze 170 stopni przez ok. pół godziny. Wyjmujemy z pieca, kiedy poczujemy aromat – to najlepszy wyznacznik.

Ciekawy efekt wizualny uzyskujemy piekąc pasztet w jakiejś mało typowej dla niego formie. Mój przybrał kształt baby wielkanocnej ze względu na zbliżające się święta.

Smacznego!

komentuj 0 komentarzy

O urodzie

Już dawno apteki przestały być miejscem, gdzie przychodzi się tylko i wyłącznie po leki. Każdy z nas może się pochwalić całkiem pokaźnym asortymentem kosmetyków. W ślad za tym poszło także poszerzanie naszej wiedzy na temat działania zastosowanych w nich substancji aktywnych. Kto z nas nie wie co to jest Jojoba czy Parabeny? Ostatnio na topie są preparaty zawierające oleje uzyskiwane ze specjalnie w tym celu hodowanych nasion zbóż. Wybór jest coraz większy. Nasza wiedza też jest coraz większa.

Chyba już każdy przedstawiciel naszego zawodu może się pochwalić certyfikatami ze szkoleń na temat chorób skóry i jej prawidłowej pielęgnacji. Ta wiedza jest jak najbardziej potrzebna, ale oczekiwania pacjentów też stają się większe. Bardzo często szukają u nas porady i odpowiedzi na pytania, na które tak naprawdę odpowiedzi znają tylko lekarze dermatolodzy lub wykwalifikowani kosmetolodzy. Czy taki zwykły praktykujący farmaceuta będzie w stanie odpowiedzieć na wszystkie pytania odnośnie diagnostyki, leczenia i doboru preparatów do pielęgnacji naszej najbardziej zewnętrznej warstwy? Uczciwie trzeba powiedzieć, że nie. To nie jest nasza rola. Myślę, że będziemy jak najbardziej kompetentni w kwestii doboru kosmetyków po uprzedniej konsultacji pacjenta z lekarzem. Jesteśmy w stanie pomóc z naszą najlepszą wiedzą i wolą, kiedy wiemy, w którym kierunku mamy iść.

Zdarzają się jednak i takie przypadki, kiedy oczekuje się od nas wszystkiego: diagnostyki schorzenia, określenia rodzaju skóry i doboru odpowiedniego kosmetyku, a to wszystko w aptece pełnej ludzi w godzinach szczytu. Wszystko jeszcze przebiega w miarę dobrze,kiedy przychodzi pacjent zdecydowany i zorientowany w swoich potrzebach , ale co zrobić, kiedy pojawia się niezdecydowana z natury, absolutnie niezorientowana w niczym, a na dodatek uparta pacjentka? Ktoś mi kiedyś powiedział, że:„nie ma co się martwieć, rozwiązanie zawsze przychodzi z boku.”

Pewnego pięknego jesiennego dnia, kiedy słońce iskrzyło się na lekko zamarźniętych liściach, których listopadowy wiatr jeszcze nie zdążył rozwiać, apteka zapełniła się potrzebującymi pomocy ludźmi. Wśród nich pojawiła się młoda dziewczyna. Podeszła do okienka i poprosiła o „jakiś krem”. Pod pojęciem „jakiś krem” może kryć się wszystko.

Rozpoczęła się seria pytań pomocniczych: do jakiej skóry? Dla osoby w jakim wieku? Na dzień czy na noc? Tłusty, półtłusty czy nawilżający? W jakim przedziale cenowym? Te pytania miały na celu zawęzić krąg poszukiwań, ale o ironio wcale tego nie robiły, ponieważ pacjentka kontratakowała swoimi pytaniami: a jaką ja mam skórę? Czy już powinnam używać kremów do cery dojrzałej czy jeszcze zbyt wcześnie? Czy lepiej działają kremy na dzień czy na noc, które z nich są mocniejsze? Czy na dzień lepiej stosować krem nawilżający czy półtłusty? Czy na noc lepszy będzie krem tłusty czy nawilżający? Czy filtry zawarte w kremach na dzień nie będą jakoś wpływały na skórę, kiedy kremu na dzień użyję na noc? A co to jest…. Tu padło kilka pytań o substancje aktywne wyczytane na opakowaniach produktów, które pacjentka miała w rekach. Potem seria pytań o składniki dodatkowe, konserwanty. Na koniec moje ulubione pytania o Parabeny: czy to prawda czy mit, że ich stosowanie jest szkodliwe dla zdrowia kobiety? Które z tych kremów zawierają Parabeny, a które nie?

Co kryje umysł farmaceuty w takiej sytuacji, kiedy jest poddawany próbie na wytrzymałość styków w układzie nerwowym? Na egzaminie z Technologii Postaci Leków były łatwiejsze pytania. A tu człowiek stoi i się uśmiecha, bo przecież farmaceuta służy poradą z najlepszą wolą i przy użyciu najlepszej swojej wiedzy. Ktoś pewnie powie, że należy odesłać taką niezdecydowaną pacjentkę do drogerii albo do apteki, w której jest oddzielne stoisko z kosmetykami, gdzie pracuje personel zajmujący się tylko tą dziedziną. Może i racja, ale musielibyśmy odsyłać do konkurencji co trzecią pacjentkę.

Nadszedł moment, w którym pacjentka już jest bliska decyzji. Już sięga ręka po jeden z pięknie opakowanych słoiczków. Na mojej twarzy zarysowuje się wyraz ulgi i… „To ja się jeszcze zastanowię”- mówi. W tym momencie słychać jak inni pacjenci stojący w kolejce i obserwujący całe to zdarzenie wydają jęk. Stali i czekali cierpliwie aż zostaną zaspokojone potrzeby w kwestii doboru kremu dla Młodej Damy, a tu nic. Zmarnowane pół godziny. Takie sytuacje naprawdę się zdarzają i są mało satysfakcjonujące dla wszystkich: pacjentów w kolejce, pacjentki przy okienku i farmaceuty.

Owego pięknego, mroźnego jesiennego dnia, przyszła mi na koniec z pomocą inna pacjentka. Starsza Pani nie wytrzymała tej całej sytuacji. Tak samo jak inni cierpliwie uczestniczyła w scenie doboru kremu, stojąc w kolejce za Młodą Damą. Kiedy ta już odchodziła z pustymi rękami w stronę drzwi, Starsza Pani ją zaczepiła i powiedziała:„Dziecko, nad czym ty się tyle zastanawiasz? Popatrz na mnie- latem smaruję twarz śmietaną, a w zimie smalcem i spójrz jak wyglądam.”
Kiedy nadeszła kolej na realizację recepty Starszej Pani, kilkukrotnie czytałam jej PESEL .Nie mogłam uwierzyć, bo wynikało z niego, że ma 88 lat, a wyglądała na około 60. Może to jest najlepsze rozwiązanie na problemy z doborem odpowiedniego kremu? Na lato śmietana, a na zimę smalec.

komentuj 0 komentarzy

Bo marzec to już wiosna

 

 

– Ojej, Marian, nie do tej siatki, tylko do tej drugiej!
– Nie, a właśnie, że do tej, tu jeszcze jest miejsce.
– Ty uparciuchu!
– Ja jestem uparciuch? Chyba ty.
– Przepakowujemy się, i to już!
Taki dialog powtarza się prawie za każdym razem, kiedy pani Maria i pan Marian robią zakupy w naszej aptece. Bardzo lubię na nich patrzeć. Ich sprzeczki są zawsze pełne ciepłych uczuć i kończą się uśmiechem na ich twarzach. Są do siebie bardzo podobni. Nie tylko pod względem charakteru, temperamentu, ale nawet fizycznie. Ktoś, kto nie wie, że są małżeństwem od trzydziestu lat, mógłby nawet pomyśleć,  że są rodzeństwem. Czy faktycznie oboje są tacy uparci? Tak. Kiedy przypominam sobie ich historię, to widzę, że upór i determinacja są ich siłą. Siłą, której oboje zawdzięczają życie.

Państwo M., nazywani tak od pierwszej litery ich imion, są naszymi wiernymi pacjentami już od wielu lat. Przez te lata zawsze przychodzili razem. Razem też pakowali zakupy, za każdym razem odgrywając scenę kłótni małżeńskiej. Tak było do roku 2007, kiedy to pani Maria zaczęła pojawiać się coraz częściej bez męża. Na początku nikt z nas nie zwracał na to uwagi, aż do momentu, kiedy na twarzy pani Marii trwale zagościł smutek. Pani, która słynęła z pogodnego usposobienia, przestała żartować, tylko chciała jak najszybciej zrobić zakupy i wracać do domu. W końcu któraś z nas nie wytrzymała i zapytała o męża.

„Pan Marian podupadł na zdrowiu” – nikt z nas nie śmiał o nic więcej pytać. Każda kolejna wizyta pani Marii w aptece pozostawiała nas z takim dziwnym niepokojem w sercach i taką ludzką ciekawością. Coś się musiało stać.

Stało się, a właściwie działo się już od dawna, tylko nikt tego nie zauważył. Nie zauważyła też pani Maria. Okazało się, że jej mąż traci wzrok. Nie przyznał się nikomu, a w momencie, kiedy sytuacja stała się już bardzo poważna, popadł w apatię. To wszystko nie stało się z dnia na dzień, ale trwało miesiącami. Silny, postawny mężczyzna myślał, że sam poradzi sobie z problemem wzroku. Zaniedbał sprawę do takiego stopnia, że całkowicie stracił zdolność widzenia. Stracił także chęć do życia. Kiedy pani Maria zorientowała się, że dzieje się coś niedobrego i chciała działać, mąż zamknął się w sobie i odmówił współpracy. Nie pomagały ani prośby, ani groźby. Niestety, dołączyły się początki depresji.

Na szczęście, przed laty spotkał swoją połówkę jabłka w postaci upartej pani Marii. Pani, która nie poddała się zwątpieniu i postanowiła działać. Jak później opowiadała, w pierwszej chwili, kiedy zetknęła się z chorobą, czuła się zostawiona sama z całym problemem. Nie wiedziała, jak zacząć. Potrzebowała impulsu. Takim impulsem okazała się potrzeba załatwienia wraz z mężem sprawy urzędowej, przy której były wymagane podpisy obojga małżonków. To zmusiło pana Mariana do wyjścia z domu po wielu miesiącach ukrywania się. To było to. Kiedy poczuł powiew świeżego powietrza, powróciła iskra życia. Zmobilizowany do zadbania o siebie, ubrania się, poczuł znowu, że jest w świecie żywych. Pani Maria nie zwlekała z dalszymi działaniami. Zaczęła od niego więcej wymagać. Przypominając mu, jak to jest, kiedy obcuje się z ludźmi, nawet w momencie, kiedy się ich nie widzi. Spacer do pojemnika na plastyk, mieszczącego się na drugim końcu osiedla, był o wiele piękniejszy niż wszystkie ich spacery w okresie narzeczeństwa. Żaden inny nie przyniósł tyle radości. Takimi małymi krokami zmierzali ku lepszemu życiu.

Sama mobilizacja męża to była tylko połowa sukcesu. W tym samym czasie pani Maria szukała pomocy specjalistów. Pukała do każdych drzwi, do których znalazła adres. Lekarz POZ, numery instytucji pomagających rodzinie znalezione w lokalnej prasie, krewni i znajomi. Wszystko po to, aby ocalić człowieka, którego tak bardzo kochała. Kochała mądrze.

Udało się jej. Trwało to bardzo długo, bo kilka lat, ale nadal są razem. Po wstępnym leczeniu depresji przyszedł czas na ratowanie wzroku.

To, co wydawało się niemożliwe, stało się całkiem realne. Pan Marian nie odzyskał zdolności widzenia całkowicie, natomiast w takim stopniu, że umożliwiało mu to w miarę samodzielne funkcjonowanie. Dzięki temu nadal możemy słuchać ich przesympatycznych sporów:
– Marian, za lekko się ubrałeś, będziesz chory!
– Kochanie, no co ty, przecież marzec to już wiosna!

komentuj 2 komentarzy

Dzień

 

- Dzień dobry, i co zrobić z resztą tak pięknie rozpoczętego dnia!
W ten sposób wita mnie wieczorową porą sąsiad, kiedy widzi jak zamykam aptekę. Zastanawia mnie, czy to pytanie to tylko żart z jego strony, czy może ma zdolność czytania w myślach? Czy pyta mnie dlatego, że widzi z jakim bagażem wychodzę z pracy?

Każdy dzień w naszej pracy jest niepowtarzalny. Niby praca taka zwyczajna, bo co niezwykłego może być w sporządzaniu i wydawaniu leków w kolorowych pudełeczkach? Czy ktoś nas uprzedza o tym, jak naprawdę wygląda praca farmaceuty? Czy ludzie zdaja sobie sprawę z tego, jak wiele w nas zmienia kontakt z ich życiem i problemami?

Za każdym razem, kiedy pan Sąsiad tak miło, a przewrotnie mnie zaczepia, mogę mu odpowiedzieć inaczej. Każdy dzień jest inny, przynosi całkiem odmienne emocje. Chciałabym mu opowiedzieć o ludziach, którzy są tacy wspaniali, a czasami nie mają za grosz wyobraźni i wyczucia sytuacji. Chciałabym mu opowiedzieć o Mamie, która od trzydziestu lat bez słowa skargi opiekuje się chorym dzieckiem, a czasami o zniecierpliwionym młodym rodzicu, który się wścieka, bo nie może się wyspać, bo mu „maluch ryczy” po nocach (a czego się spodziewał, przecież dzieci nie są bezszmerowe). Mogę mu zaproponować inwestycję w stopery do uszu i modlitwę dziękczynną , że ma zdrowe dziecko, ale się nie odzywam.

Tak naprawdę wiem, co zrobię z resztą tak pięknie rozpoczętego dnia. Kiedy już wrócę do domu, usiądę wieczorem do komputera i napiszę kolejne opowiadanie albo wpis na bloga. Dla podniesienia na duchu przygotuje jeszcze wcześniej coś bardzo smacznego na kolację. Oto przepis:

Składniki w ilości dla 2-3 osób( kobieta i mężczyzna lub trzy kobiety)
Makaron rurki lub wstążki
Serek mascarpone
Szynka surowa (Serrano, Parmeńska) lub boczek wędzony w bardzo cienkich plastrach
Pęczek koperku
Oliwki zielone lub czarne

Przygotowanie:
Na początku gotujemy makaron. Następnie szynkę i oliwki kroimy na bardzo drobne kawałki i podsmażamy na niewielkiej ilości oleju (w odpowiedniej kolejności: najpierw szynka, potem oliwki). Dodajemy do szynki i oliwek opakowanie serka mascarpone. Całość mieszamy. Patelnię trzymamy na niewielkim ogniu aż uzyskamy jednolity sos. Na koniec dodajemy drobno posiekany koperek w ilości połowy pęczka. Podrzegwamy mieszając. Pozostałą ilość koperku wykorzystamy do posypania dania tuż przed podaniem. Kiedy potrawa nabierze niepowtarzalnego koloru i aromatu, dodajemy makaron do sosu i mieszamy. Wykładamy na talerz, chociaż zniewalający zapach kusi do zjedzenia prosto z patelni. Potrawa jest wysokokaloryczna i o ogromnym potencjale poprawiania nastroju. Smakuje tak samo dobrze w towarzystwie jak i w samotności.

Smacznego!

komentuj 1 komentarz

Żmija

-Poproszę …. (i tu padła nazwa silnie działającego leku na nadciśnienie),
-Poproszę receptę – odrzekłam,
-Nie mam, poproszę bez recepty,
-Nie wydam panu tego leku bez recepty – odpowiedziałam,
-Dlaczego? Ja już od dawna kupuje go bez recepty w innych aptekach.
-To proszę iść tam, gdzie pan wcześniej kupował bez recepty. Ja panu tego leku nie wydam.
-Dlaczego robi mi pani problemy?
-Dlaczego pan robi sobie i mnie problemy? – spytałam.
-No wie pani! – odpowiedział z oburzeniem w głosie – Mogłem się domyślić, że jak ma pani w klapie fartucha znaczek ze żmiją, to nic u pani nie załatwię…

komentuj 1 komentarz

Protest

Taki fajny protest był ostatnio! Tacy wszyscy byliśmy zjednoczeni! Popłyńmy na fali tego zjednoczenia i zróbmy porządek z dzwoniącymi przy okienkach telefonami komórkowymi.

Statystycznie co trzeci pacjent przy okienku odbiera telefon i prowadzi rozmowę (dane te zostały powzięte z wyników wnikliwej obserwacji grupy reprezentatywnej, czyli młodzieży w wieku od nastu do stu lat). Czyż nie jest to denerwujące, kiedy z najlepszą wolą z naszej strony próbujemy pomóc pacjentowi rozwikłać jego zdrowotne problemy, kiedy angażujemy się w wysłuchanie często bardzo śmiałych, intymnych, a nie raz wręcz niesmacznych historii. Kiedy będąc kwintesencją skupionej uwagi udzielamy rzetelnej porady i kiedy nagle zaczyna dzwonić telefon… „Halo Władziu, robię zakupy w aptece. Tak, jestem w mieście. Co słychać?…” – tu następuje opis dziejów rodu z ostatniego stulecia, z uwzględnieniem dat ślubów, chrzcin i pogrzebów. Wszystko w telegraficznym piętnastominutowym skrócie. A my stoimy przy tym okienku jak chochoł w polu i czekamy. Tak po prostu odejść się nie da, bo często w komputerze już są ponabijane leki. Inni pacjenci czekają, ale mamy blokadę kolejki. Oczywiście możemy za każdym razem krzyknąć na takiego pacjenta, nie przebierając w słowach, ale to poskutkuje najwyżej wyrobieniem sobie opinii godnej sprzedawców z mięsnego w czasach PRL.

Powszechność zjawiska jest tak wielka, że tylko skomasowany atak zjednoczonych farmaceutów może coś tu zdziałać. Może w każdej aptece, przy każdym okienku umieścić taki sam znaczek z przekreślonym telefonem i w razie potrzeby elegancko wskazywać ręką, gdy ktoś sięgnie po telefon podczas konwersacji z farmaceutą? Jak uświadomić ludziom, że my nie sprzedajemy cukierków tylko leki i że każde odwrócenie naszej uwagi to nie tylko lekka zniewaga – to może okazać się brzemiennym w skutkach błędem!

Aptekarze, łączcie się w proteście przeciwko używaniu telefonów komórkowych w aptekach.

komentuj 0 komentarzy

Zdarzyło się

Zdarzyło się dzisiaj coś niezwykłego. W bardzo krótkim czasie pacjent, lekarz i aptekarz odczuli te same emocje: wstyd i zażenowanie. Historia rozpoczęła się absolutnie banalnie: przychodzi pacjent do apteki i podaje receptę. Nie dzieje się w tym momencie absolutnie nic niezwykłego.

A gdyby zacząć tak: przychodzi do apteki, prowadzony przez córkę dziewięćdziesięcioletni pacjent w trakcie leczenia onkologicznego. Córka pomaga mu zająć w miarę wygodne miejsce na krzesełku w aptece, a sama podaje recepty. Farmaceutka kolejno przynosi przepisane na drukach leki. Przystępuje do realizacji recept. Kolejno wpisuje: PESEL, REGON, nr lekarza, wstukuje na klawiaturze litery składające się na nazwę leku, wybiera rodzaj odpłatności wskazany przez lekarza. Pierwsza recepta zostaje zrealizowana. Teraz druga: PESEL, REGON… Kolejna recepta zrealizowana. Czas na ostatnią: PESEL, REGON…  nr lekarza nieczytelny! Akurat się nie odbił. A rano przyszło pismo z Izby Aptekarskiej, aby nie realizować dla własnego bezpieczeństwa recept z błędami w postaci między innymi nieczytelnych pieczątek.

Zrobiło się tak jakby kwaśno i mało komfortowo. Pacjent zamiejscowy, lek niezbędny, a pełno płatnie bardzo, bardzo drogi.

Rozpoczął się dialog między Starszym Panem a Córką: – Nie bierzmy tego i jedźmy już do domu, jestem zmęczony.- mówił Starszy Pan,  – Tato, musisz mieć leki przeciwbólowe, bez tego nie możemy wrócić. – mówiła Córka.

Była to jedna z trzech recept wystawionych tego dnia, przez tego samego lekarza, dla tego samego pacjenta. Były realizowane kolejno w tej samej aptece. Pozostałe dwie miały prawidłowo odbite pieczątki, z których bez problemu odczytałam nr lekarza. To wszystko jest przecież takie proste i oczywiste!

Przede mną siedzi pacjent, który marzy tylko o tym, żeby wrócić do domu, a ja mam kłopot, ponieważ wiem, że w trakcie kontroli nikt nie posłucha historii o starszym schorowanym Panu, jego Córce, ich codziennym zmaganiu się z ciężką chorobą. Kontroli podlegają druki recept – zimne, szeleszczące papierki z literkami i cyferkami i człowiekiem zamkniętym w numerze PESEL.

Gdyby chociaż raz osoba tworząca te wszystkie przepisy i udogodnienia stanęła na miejscu farmaceuty z dylematem: wydać czy nie wydać? Zaryzykować i zapłacić ewentualnie samemu czy… Gdyby chociaż raz Urzędnik Państwowy popatrzył w oczy rodziców dziecka wypisywanego z Oddziału Chirurgii Onkologicznej, chcących zrealizować nie do końca poprawnie wystawioną receptę pisaną ręką chirurga, z jego najlepszą wiedzą i wolą. Gdyby chociaż raz!

Nie da się zapomnieć wyrazu twarzy takiego rodzica, który z obłędem w oczach zabiera dziecko ze szpitala wraz z wypisem, na który czekał pół dnia i dostaje receptę, do której w  wyniku pośpiechu lekarza wkradł się niewielki, ale za to istotny od strony formalnej błąd. Ciężko jest nawet opisać same uczucia towarzyszące takiej sytuacji, a jest to przecież nasza codzienność. Powiedzenie „przepraszam” w takiej sytuacji nic nie daje, bo serce rodzica śmiertelnie chorego dziecka jest niewrażliwe już na żadne „przepraszam”. Wydać pełno płatnie dla naszej wygody? To rozwiązanie najprostsze, a jednocześnie najpodlejsze. Pozostaje jeszcze zaryzykować i spróbować poprawić receptę u lekarza, który ją wystawiał, co często graniczy z cudem.

Starszy Pan wraz z Córką pojechali do domu z kompletem zapisanych leków, zapłacili za nie tak, jakby recepty były wystawione bezbłędnie. I znowu to okropne „przepraszam”, tym razem z ust schorowanego dziewięćdziesięciolatka – człowieka, który czuje się winny. Właściwie winny czego? Przecież nie ma tam grama Jego winy, a mimo wszystko niewyraźnie odbita pieczątka paradoksalnie  „odbiła się” na Jego nastroju. Czy to koniec koszmaru?

Etap ostatni. Wizyta u lekarza. Krok pierwszy: pokonać kolejkę chorych, zniecierpliwionych ludzi, którzy czasami po kilka godzin czekają na swoje „pięć minut”. Krok drugi: przekonać lekarza do poprawienia recepty, w sposób elegancki i pozbawiony złych emocji.

Uzbrojona w wolę walki, w imię słusznej sprawy, zaatakowałam. Pewnym krokiem minęłam kolejkę oczekujących, starając się nikomu nie patrzeć w oczy i dotarłam do gabinetu. Stanęłam w progu przedstawiając się i wyjaśniając w telegraficznym skrócie, co mnie sprowadza. To, co się chwilę później wydarzyło, pozbawiło mnie resztek energii niezbędnej do prawidłowego funkcjonowania w grupie homo sapiens.

Lekarz, profesor, człowiek dwukrotnie starszy ode mnie zaczął mnie przepraszać za błąd, który popełnił. Na jego twarzy malowało się autentyczne poczucie wstydu i zażenowania. Człowiek, który z oddaniem walczy o ludzkie życie, przeoczył taki mały, w obliczu tego, co robi  na co dzień, szczegół! Tego było zbyt wiele. Brak tuszu w jednym miejscu na blankiecie zepsuł humor tylu osobom! Pal sześć czas, który został zmarnowany na poprawianie, rozważania i dyskusję o „błędzie w postaci niewyraźnie odbitej pieczątki”. Ale ile emocji temu towarzyszyło ze strony pacjenta, lekarza i farmaceuty…

 

 

 

komentuj 2 komentarzy

Groszki i Róże

 

Gdy nadchodzi wiosna, budzą się do życia natura i uczucia skrywane gdzieś głęboko. Wszyscy czujemy się tak samo młodzi i wszyscy chcemy kochać i być kochani.

Rok temu wraz z pierwszymi promieniami wiosennego słońca w „życiu apteki” pojawił się Ogrodnik. Miał za zadanie zagospodarować przylegający do apteki teren. Przed laty trawnik był częścią przepięknego ogrodu, do którego po schodach o giętkiej, kapryśnej, secesyjnej linii wychodziła na spacer przedwojenna właścicielka kamienicy.

Kiedy Młody Ogrodnik wchodził do apteki, miał w zwyczaju nucić „Groszki i róże” Ewy Demarczyk. Zniewalającym uśmiechem i charakterystycznie wypowiadanym „dzień dobry” wywoływał radość na twarzach wszystkich pań. Odpowiadały mu jednym chórem pacjentki i personel.

Pani Krysia jak zwykle wbiegła do apteki zdyszana i cała czerwona. Kiedy miała drugą zmianę, zawsze wchodziła z hukiem, bo każde wolne przedpołudnie wykorzystywała na załatwianie „pilnych spraw urzędowych”. Pierwszy raz ich spojrzenia skrzyżowały się na progu kuchni, do której pani Krysia zmierzała w celu zaparzenia sobie kawy, dwie minuty przed rozpoczęciem pracy oczywiście. To jakby narzucało dynamizm jej ruchów. Ogrodnik właśnie z kuchni wychodził, dumnie krocząc z kubkiem w dłoni. Ich spotkanie było niczym zderzenie atomów. Aż poleciały iskry, a właściwie to chlapnęły. Dźwięk tłuczonej porcelany poniósł się echem po aptece. Wytrącony z rąk Ogrodnika kubek poszybował łukiem w naczynia schnące na suszarce. Niczym kula armatnia rozgromił zastawę stołową, jednocześnie zdobiąc ściany fikuśnymi motywami w odcieniu kawowym. Przez dłuższą chwilę stali tak, patrząc na siebie w milczeniu. Dzieliło ich 25 lat i pół metra wzrostu. Pani Krysia spłonęła rumieńcem, kiedy Ogrodnik otarł jej kawę z policzka. Uśmiechnął się do niej, ukazując białe zęby. Ona zdołała wyszeptać „Przepraszam”.

Staliby tak jeszcze długo, patrząc sobie w oczy, gdyby nie to, że nagle w kuchni zrobiło się niebywale tłoczno. Zbiegli się wszyscy, żeby zobaczyć, co się stało, i ocenić straty. Tego dnia w aptece już nikt nie napił się kawy ani herbaty. Potłukły się wszystkie kubki.
Z dnia na dzień ogród piękniał. Z dnia na dzień także rozkwitało uczucie, które pojawiło się w serduszku pani Krysi. W przeciwieństwie jednak do zmian w ogrodzie było ledwo zauważalne dla osób niewtajemniczonych. Ukradkowe spojrzenia, tajemnicze uśmiechy i przerywane rozmowy gdy ktoś nadchodził, tylko podsycały atmosferę romansu.

Pani Krysia od lat była sama. Całym jej światem była praca, która nadawała sens jej życiu i wypełniała pustkę w sercu. Codzienny kontakt z ludźmi przy okienku powodował, że zapominała o tym, że jest „pięćdziesięcioletnią singielką” Już dawno przestała marzyć o wielkiej miłości. W pewnym momencie swojego życia spakowała marzenia do starego pudełka po butach i ukryła głęboko w szafie. Los lubi czasem sobie z nas zażartować. W wypadku Pani Magister taką formą psikusa okazało się pojawienie się na jej drodze Młodego Ogrodnika.

Pani Krysia zmieniała się z dnia na dzień. Nowa fryzura, uśmiech na twarzy – wszystko to powodowało, że odmłodniała. Odnalazła w sobie Krysię, która kiedyś przejechała autostopem całą Polskę, Krysię, która potrafiła szusować poza wyznaczonymi trasami narciarskimi bez obawy o własne zdrowie i życie. Krysię, która była pewną siebie, odważną, niezależną i silną kobietą. Kto mógł przypuszczać, że to właśnie pani Krysia, a nie któraś z młodszych farmaceutek, zostanie obiektem westchnień przystojnego mężczyzny? Pani Krysia także nie mogła się nadziwić tej sytuacji. Wielokrotnie próbowała doszukać się drugiego dna, ale Ogrodnik niczego od niej nie oczekiwał, po prostu cieszyli się wspólnie spędzanym czasem.

W ogrodzie zakwitły posiane groszki, a róże już czekały. Nadeszło lato. Ogrodnik pojawiał się w aptece już coraz rzadziej. Do pani Krysi powoli docierała myśl, że wszystko, co się kiedyś zaczyna, musi się kiedyś skończyć. Od samego początku pani Krysia była realistką, zdającą sobie sprawę z różnicy wieku, jaka ich dzieli, nigdy nie robiła żadnych planów, po prostu cieszyła się chwilą. Pod koniec września dzieło ogrodowe zostało ukończone; rozkwitały jesienne róże, a murawa trawnika była idealna. Nadszedł czas pożegnania z Ogrodnikiem. Tak jak wtedy, za pierwszym razem, kiedy się spotkali, stali w kuchni, patrząc sobie głęboko w oczy. Oboje się uśmiechali. W oku pani Krysi zakręciła się łza, jednak szybko ją otarła, tak żeby nikt nie zauważył, szczególnie że właśnie przyszła ekipa malarzy, aby usunąć ze ścian kuchni fikuśne motywy w kolorze kawowym.

komentuj 0 komentarzy