Coraz częściej do języka, którym posługujemy się w aptece, wkrada się słownictwo do niedawna używane raczej jako słowa określające działania wojenne, no może czasem jako opisy z pola bitwy. Czy to jest tylko czysty przypadek, czy może coś poważniejszego?
Żeby takim polem bitwy było miejsce, w którym z założenia dominują idee humanitarne, takie jak: chęć niesienia pomocy, ratowanie życia i zdrowia. Coś tu chyba jest nie tak?
Mamy już od pewnego czasu: strategie marketingowe, które do niedawna miały pomnażać zyski właścicieli aptek, a od niedawna pomagają po prostu przetrwać na rynku. Mamy potyczki z pacjentami przy pierwszym stole i manewry z przedstawicielami handlowymi. Dzięki odpowiednio prowadzonej grze strategicznej albo możemy zyskać albo stracić. Stosujemy broń w postaci technik perswazji i uników psychologicznych. Jest też bitwa o pacjenta i batalia z konkurencją. Udziały w rynku zdobywa się tak, jak podbija się małe państewka będąc najeźdźcą, bo przecież komuś innemu ten teren się zabiera.
Jest też oczywiście nasze ulubione pole manewru. Jakie mamy ostatnio? Na półkach w aptekach pojawiają się coraz to nowe piąte czy dziesiąte odpowiedniki tych samych leków, których na nic nie można zamienić. Różnią się od siebie ceną (często tylko o grosz, ale niekoniecznie poniżej limitów) i kolorem opakowania. Przy okazji zmiany mogą wejść albo zdezerterować z listy leków refundowanych. Z drugiej strony brakuje w hurtowniach leków naprawdę potrzebnych. Dlaczego te leki nie docierają na front, czyli tam gdzie są niezbędne do ratowania życia?
Realizacja zamówienia wymaga odpowiedniego przemyślanego podejścia, bo słyszymy, że „towar jest reglamentowany”. Co to za zjawisko w czasach pokoju?
Uzbrojeni po zęby w cierpliwość i dobrą wolę ciągle działamy strategicznie, jednocześnie widząc, że wiele naprawdę istotnych spraw jest ukrytych pod siatką maskującą.
Mam nadzieję, że za jakiś czas nie skończy się to tym, że w aptekach, za pierwszym stołem, będziemy spotykać ludzi, którzy na pytanie o to, kim są, będą odpowiadać: jak to kim, nie widzi pan? Napoleonem.



Jestem farmaceutką i studentką dziennikarstwa. Mój prywatny świat to moja córka i dom z ogrodem. W wolnych chwilach odkrywam na nowo stare receptury tak apteczne, jak i kuchenne, a formą relaksu są dla mnie sport, muzyka i książki. Wierzę, że dobrze w życiu wychodzi nam to, co robimy z sercem.