Czy zdarzyło się Wam kiedyś, żeby pacjent nie odebrał leków, mimo że coś było specjalnie dla niego zamówione? Czasami wkładamy tak wiele wysiłku, by odszukać jakiś specyfik, który nie jest jakoś szczególnie popularny. Telefony do kilku hurtowni i mozolne tłumaczenie telemarketerom, o co nam chodzi zajmuje całkiem sporo czasu. Wszystko kończy się dobrze nie w momencie, kiedy już osiągniemy cel naszych poszukiwań, ale w momencie, kiedy pacjent przyjdzie do apteki i go wykupi. W innym wypadku czeka nas kolejny etap z zakresu działań logistycznych, czyli odkręcanie całej procedury zakupowej, zwanej w skrócie… ZWROT.
Siedząc w czwartkowe popołudnie w magazynie suplementów, spostrzegłam pudełko z przyklejoną etykietką, na której widniało imię i nazwisko osoby, dla której zamawiałyśmy dany preparat oraz data, kiedy przyjęto zamówienie. Ponieważ za dwa dni upływał termin ewentualnego oddania do hurtowni, postanowiłam zatelefonować i spytać się, czy pacjent nadal reflektuje na lek, czy zmienił zdanie. Po wybraniu numeru usłyszałam miły męski głos w słuchawce, który zresztą dość szybko skojarzyłam z panem, który do nas czasami przychodził. Po krótkiej rozmowie ustalilismy, że ów specyfik jest nadal potrzebny, ale że pan zgłosi się po niego dopiero pojutrze przed południem, ponieważ ma w planach służbowy wyjazd. Bardzo lubię takie konstruktywne ustalenia, ponieważ to bardzo usprawnia pracę i eliminuje sytuacje stresowe, które powstają na skutek zabałaganienia magazynu preparatami sporadycznie sprzedawanymi, które prędzej czy później i tak trafiają do utylizacji, generując tylko straty.
Pudełeczko opatrzone odpowiednim opisem powędrowało na miejsce, z którego miało już trafić tylko w ręce odbiorcy w sobotę, najpóźniej w godzinach przedpołudniowych.
Weekend był dla mnie czasem wolnym od pracy. Kiedy przyszłam w poniedziałek, pierwszą rzeczą jaka przykuła moją uwagę był kartonik, który powinien był zniknąć z apteki dwa dni temu. Pacjent wyraźnie ze mnie zakpił. Nie jest sprawą elegancką umawiać się z kimś, a potem się wycofywać. Kipiałam ze złości ponieważ przedmiot zamówienia był wyjątkowo „niechodliwym” towarem. Kiedy już ochłonęłam poprosiłam koleżankę, żeby jeszcze raz zatelefonowała pod numer, który pacjent pozostawił do kontaktu. Pomyślałam ze może ona bogatsza w wieloletnie doświadczenie pracy z pacjentem, lepiej poradzi sobie z tą sytuacją. Sama stanęłam obok chcąc wyrażnie usłyszeć rozmowę i dowiedzieć się, dlaczego ktoś nie uszanował naszej pracy.
Wybrałyśmy numer. W słuchawce odezwał się tym razem kobiecy głos. To jakby nieco zaburzyło przewidywany rozwój konwersacji. Koleżanka przedstawiwszy się i wyjaśniwszy po krótce sytuację, która sprowokowała ten telefon, spytała, czy może rozmawiać z panem który zamawiał specyfik w naszej aptece. Zapadła na chwilę cisza. Pani bardzo spokojnie odpowiedziała, że niestety mąż nie jest w stanie rozmawiać, ponieważ w piątek zginął w wypadku samochodowym. Dostał zawału jadąc autostradą z Berlina i rozbił się na przęśle wiaduktu. Zginął na miejscu. Po tych słowach koleżanka blada jak ściana, zdołała wydusić z siebie tylko przepraszam i wyłączyła telefon.
Zapadła znowu cisza. Tym razem na dłużej.
Cisza w aptece jest czymś nienaturalnym, ponieważ zawsze albo dzwonią telefony, albo słychać szum drukarek. Słychać też głosy ludzi. Życie biegło dalej i może nawet drukarki szumiały. a telefony dzwoniły, ale my tego dnia po prostu tego nie zauważałyśmy. Nagle to małe pudełeczko stanowiące od kilku dni problem wielkości autobusu zmalało tak jakby nie istniało. Nagle stało się zwykłym kartonikiem pośród tysięcy mu podobnych. Byłam skłonna od razy wyrzucić je do kosza. Kiedy na nie patrzyłam czułam tylko i wyłącznie złość. Była to już jednak zupełnie inna złość niż wcześniej. Już nie byłam zła na człowieka, o którym myślałam, że ze mnie zakpił, bo przecież tego pana już nie było! A może byłam zła nie ten nieszczęsny suplement! Co mógł zawinić kartonik, który był tylko martwym przedmiotem? Byłam zła na siebie i na sytuację. Odstawiłam pudełko do magazynu, ponieważ na zwrot do hurtowni było już za późno. Odkleiłam od niego kartkę z imieniem, nazwiskiem i numerem telefonu osoby, dla której został sprowadzony. Włożyłam kartkę do niszczarki i nacisnęłam guzik. Informacje na niej zapisane już nikomu nie będą potrzebne.