Blog Z Apteki pod Liściem Szerokim

RSS

Anioł Stróż

-Pamięta pani, pani magister, jak w zeszłym roku tuż przed świętami rozdarł mi się na pół banknot stuzłotowy i jedna połowa gdzieś mi się zapodziała? Pamięta pani jak go szukałyśmy? Jak sprawdzałam wszystkie torby z zakupami i we wszystkich sklepach, w których wtedy byłam, też pytałam. Przeszłam taki kawał z tymi ciężkimi siatkami, ale opłacało się, bo w końcu się znalazła ta połówka. Tylko jakoś tak do końca nie pasowała do tej, którą miałam w portfelu, ale to nic. Jakoś posklejałam, a potem zapłaciłam nią w tym kiosku z warzywami, w którym się szczęśliwie odnalazła, ta zgubiona połówka, oczywiście. Pamięta pani? To było dokładnie rok temu. Jak ja wtedy płakałam, ale pomodliłam się do Anioła Stróża, że go tak bardzo proszę, żeby ten rozdarty banknot się odnalazł. I odnalazła się. Ciężko by mi było wtedy bez tych pieniędzy.

-Pani magister i w tym roku też się modlę do mojego Anioła Stróża o pomoc. Wie pani, że przerwali moją kurację? Bo wie pani, ja mam raka. No przecież pani doskonale wie. Przerwali tę kurację, bo brakuje tego leku, który ja dostaję. Jak to możliwe, że brakuje w szpitalu lekarstwa? I to takiego! Nie bardzo to rozumiem. Pani magister, a może wy macie w aptece ten lek? Nie macie, bo to tylko na oddziały szpitalne, acha, rozumiem. To ja będę cierpliwie czekała, aż się pojawi. Jakie mam inne wyjście? Oczywiście, cały czas modlę się do mojego Anioła Stróża, tak jak w zeszłym roku. Wtedy pomógł, to i teraz pomoże.
Wesołych Świąt, pani magister.

Wszystkim czytelnikom życzę  zdrowych i spokojnych  Świąt Wielkanocnych.

komentuj 0 komentarzy

Żmija

-Poproszę …. (i tu padła nazwa silnie działającego leku na nadciśnienie),
-Poproszę receptę – odrzekłam,
-Nie mam, poproszę bez recepty,
-Nie wydam panu tego leku bez recepty – odpowiedziałam,
-Dlaczego? Ja już od dawna kupuje go bez recepty w innych aptekach.
-To proszę iść tam, gdzie pan wcześniej kupował bez recepty. Ja panu tego leku nie wydam.
-Dlaczego robi mi pani problemy?
-Dlaczego pan robi sobie i mnie problemy? – spytałam.
-No wie pani! – odpowiedział z oburzeniem w głosie – Mogłem się domyślić, że jak ma pani w klapie fartucha znaczek ze żmiją, to nic u pani nie załatwię…

komentuj 1 komentarz

O skutkach wprowadzania reformy

Pani magister co pani robi o tej porze w aptece? Przecież zamykacie o 19 a jest 23!- zapytał mnie sąsiad, którego spotkałam przed lokalem. Faktycznie była 23, a ja przyjechałam do apteki po antybiotyk dla mojej córki.

Wszyscy wiedzą, że małe dzieci chorują, najczęściej w chwilach największej zawieruchy wkoło. Tak było 2 stycznia roku Pańskiego 2012.  Nie czuję potrzeby realizowania recept tylko w aptece, w której pracuję, ale tym razem zmusiła mnie sytuacja. To był ciężki dzień. Chore dziecko to już nadto atrakcji. Wizyta u specjalisty na drugim końcu miasta w jedynym wolnym terminie, czyli na 19. Byłam szczęśliwa wychodząc z gabinetu przed 20 i trzymając w ręce prawidłowo wystawioną receptę. Ponieważ na trasie miedzy gabinetem pediatry a moim domem są trzy apteki czynne co najmniej do 22, nawet mi nie przyszło do głowy żeby jechać do siebie. Kiedy podjechałam pod pierwszą z nich o 20:05 i zobaczyłam na drzwiach informację: „Zamknięte z powodów formalnych.”

Przypomniałam sobie, że faktycznie część z pośród właścicieli aptek nie dopełniła jeszcze formalności związanych z wejściem w życie nowej ustawy. Ruszyłam dalej, przecież mam po drodze jeszcze dwie apteki. Kolejna – zamknięta o 20:15 chociaż powinna być czynna do 21, bez informacji. Została mi już tylko jedna po drodze. Byłam wtedy już całkiem spory kawałek za miastem. Podjeżdżałam do niej z szybciej bijącym sercem niż zwykle. Przyznam szczerze że zaklęłam w duchu kiedy zobaczyłam że i ta ostatnia jest zamknięta. Ręce mi opadły, bo wiedziałam, że zaraz muszę podać antybiotyk mojemu kaszlącemu, choremu dziecku, a Królewna już przysypiała. Wiedziałam, że nie mogę z Nią wrócić do miasta, bo wyjmowanie Jej takiej zaspanej z samochodu i wnoszenie do apteki przyniesie więcej szkody niż pożytku.

Ostatnie kilka tygodni grudnia poświęciłyśmy w pracy na to, żeby wystartować od poniedziałku. Nie było łatwo, bo wymogi formalne odnośnie dokumentów wymagały kilkakrotnego jeżdżenia do oddziału NFZ . Dałyśmy rade. Dlaczego innym się nie udało? Nie chciałam wierzyć w to co przeczytałam tuż przed końcem roku, że nawet 40% aptek w moim rejonie nie jest przygotowanych do pracy w 2012 roku. To niemożliwe, nie aptekarze! A jednak musiałam się przekonać na własnej skórze. Ja miałam możliwość pojechania po leki do siebie do pracy, kiedy położyłam dziecko spać i zostawiłam pod troskliwą opieką. Co z tymi, którzy nie mają takiej możliwości? Ktoś mnie kiedyś spytał dlaczego wożę dziecko do pediatry na drugi koniec miasta. Odpowiedziałam, że ze względu na doświadczenie i odwagę lekarki, która mimo wieku emerytalnego ma najnowocześniejszy gabinet w mieście, nie zasłania się przeszkodami „ formalnymi” z wypisywaniem recept, tylko idzie z postępem, duchem czasu i potrafi się dostosować do realiów. Dla niej najważniejszy jest pacjent. Wielu mogłoby się od niej uczyć.

komentuj 0 komentarzy

Nieodebrany lek

Czy zdarzyło się Wam kiedyś, żeby pacjent nie odebrał leków, mimo że coś było specjalnie dla niego zamówione? Czasami wkładamy tak wiele wysiłku, by odszukać jakiś specyfik, który nie jest jakoś szczególnie popularny. Telefony do kilku hurtowni i mozolne tłumaczenie telemarketerom, o co nam chodzi zajmuje całkiem sporo czasu. Wszystko kończy się dobrze nie w momencie, kiedy już osiągniemy cel naszych poszukiwań, ale w momencie, kiedy pacjent przyjdzie do apteki i go wykupi. W innym wypadku czeka nas kolejny etap z zakresu działań logistycznych, czyli odkręcanie całej procedury zakupowej, zwanej w skrócie… ZWROT.

Siedząc w czwartkowe popołudnie w magazynie suplementów, spostrzegłam pudełko z przyklejoną etykietką, na której widniało imię i nazwisko osoby, dla której zamawiałyśmy dany preparat oraz data, kiedy przyjęto zamówienie. Ponieważ za dwa dni upływał termin ewentualnego oddania do hurtowni, postanowiłam zatelefonować i spytać się, czy pacjent nadal reflektuje na lek, czy zmienił zdanie. Po wybraniu numeru usłyszałam miły męski głos w słuchawce, który zresztą dość szybko skojarzyłam z panem, który do nas czasami przychodził. Po krótkiej rozmowie ustalilismy, że ów specyfik jest nadal potrzebny, ale że pan zgłosi się po niego dopiero pojutrze przed południem, ponieważ ma w planach służbowy wyjazd. Bardzo lubię takie konstruktywne ustalenia, ponieważ to bardzo usprawnia pracę i eliminuje sytuacje stresowe, które powstają na skutek zabałaganienia magazynu preparatami sporadycznie sprzedawanymi, które prędzej czy później i tak trafiają do utylizacji, generując tylko straty.

Pudełeczko opatrzone odpowiednim opisem powędrowało na miejsce, z którego miało już trafić tylko w ręce odbiorcy w sobotę, najpóźniej w godzinach przedpołudniowych.

Weekend był dla mnie czasem wolnym od pracy. Kiedy przyszłam w poniedziałek, pierwszą rzeczą jaka przykuła moją uwagę był kartonik, który powinien był zniknąć z apteki dwa dni temu. Pacjent wyraźnie ze mnie zakpił. Nie jest sprawą elegancką umawiać się z kimś, a potem się wycofywać. Kipiałam ze złości ponieważ przedmiot zamówienia był wyjątkowo „niechodliwym” towarem. Kiedy już ochłonęłam poprosiłam koleżankę, żeby jeszcze raz zatelefonowała pod numer, który pacjent pozostawił do kontaktu. Pomyślałam ze może ona  bogatsza w wieloletnie doświadczenie pracy z pacjentem, lepiej poradzi sobie z tą sytuacją. Sama stanęłam obok chcąc wyrażnie usłyszeć rozmowę i dowiedzieć się, dlaczego ktoś nie uszanował naszej pracy.

Wybrałyśmy numer. W słuchawce odezwał się tym razem kobiecy głos. To jakby nieco zaburzyło przewidywany rozwój konwersacji. Koleżanka przedstawiwszy się i wyjaśniwszy po krótce sytuację, która sprowokowała ten telefon, spytała, czy może rozmawiać z panem który zamawiał specyfik w naszej aptece. Zapadła na chwilę cisza. Pani bardzo spokojnie odpowiedziała, że niestety mąż nie jest w stanie rozmawiać, ponieważ w piątek zginął w wypadku samochodowym. Dostał zawału jadąc autostradą z Berlina i rozbił się na przęśle wiaduktu. Zginął na miejscu. Po tych słowach koleżanka blada jak ściana, zdołała wydusić z siebie tylko przepraszam i wyłączyła telefon.

Zapadła znowu cisza. Tym razem na dłużej.

Cisza w aptece jest czymś nienaturalnym, ponieważ zawsze albo dzwonią telefony, albo słychać szum drukarek. Słychać też głosy ludzi. Życie biegło dalej i może nawet drukarki szumiały. a telefony dzwoniły, ale my tego dnia po prostu tego nie zauważałyśmy. Nagle to małe pudełeczko stanowiące od kilku dni problem wielkości autobusu zmalało tak jakby nie istniało. Nagle stało się zwykłym kartonikiem pośród tysięcy mu podobnych. Byłam skłonna od razy wyrzucić je do kosza. Kiedy na nie patrzyłam czułam tylko i wyłącznie złość. Była to już jednak zupełnie inna złość niż wcześniej. Już nie byłam zła na człowieka, o którym myślałam, że ze mnie zakpił, bo przecież tego pana już nie było! A może byłam zła nie ten nieszczęsny suplement! Co mógł zawinić kartonik, który był tylko martwym przedmiotem? Byłam zła na siebie i na sytuację. Odstawiłam pudełko do magazynu, ponieważ na zwrot do hurtowni było już za późno. Odkleiłam od niego kartkę z imieniem, nazwiskiem i numerem telefonu osoby, dla której został sprowadzony. Włożyłam kartkę do niszczarki i nacisnęłam guzik. Informacje na niej zapisane już nikomu nie będą potrzebne.

komentuj 0 komentarzy

Dlaczego przydatna jest znajomość języków obcych?

Czasami jedyną skuteczną metodą porozumiewania się z pacjentem jest metoda zwana potocznie „na migi”. Jak w tańcu wykonujemy pewne ustalone figury przy pomocy rąk, oznaczające odpowiednio pytanie lub odpowiedź. Dzisiaj przyszło mi użyć tego uniwersalnego języka wyczerpawszy uprzednio wszystkie inne możliwości werbalne.

Okazało się, że pacjent nie używa języków zachodnich, ja natomiast jestem z pokolenia tych, którym języki wschodnie są już obce. Młody, przystojny i bardzo elegancko ubrany pan o typie urody dalekowschodniej, patrzył na mnie błagalnym wzrokiem i usiłował poprosić o coś na ból gardła. Tak  przynajmniej wynikało z gestów, jak również z wyrazu ulgi, który pojawił się w jego ciemnych oczach, kiedy zaproponowałam mu  popularne na całym swiecie pastylki. Wtedy on zachęcony sukcesem postanowił poprosić o coś jeszcze, czego nazwę miał zapisaną w telefonie komórkowym. Sprawnie przesuwał kolejne odsłony w tablecie aż w końcu odnalazł to, czego szukał. Odwrócił ekran w moją stronę i pokazał mi, co było na nim napisane. A było napisane ni mniej ni więcej tylko : SZPIEG. Popatrzyłam na niego i nieco zmieszana odpowiedziałam, że takiego lekarstwa nie mam. Pan zapłacił i uśmiechnął się na pożegnanie, a ja zostałam z pytaniem: czy to był James?

komentuj 0 komentarzy