Blog Z Apteki pod Liściem Szerokim

RSS

Tradycja

 

Zaraz po Świętach Wielkanocnych przyszła do nas refleksja. Krążyła po aptece, co jakiś czas dochodząc do głosu, w tak zwanych przerwach „między pacjentami”.
Dyskusję rozpoczęła Pani Kierownik: „Wiecie, kiedyś to do Świąt Wielkanocnych przygotowania zaczynano już zaraz po Święcie Trzech Króli. Teraz tylko trzy dni przed świętami robi się wielkie porządki, wielkie zakupy i wielkie gotowanie, a potem następuje długi weekend”.  W sumie to faktycznie teraz tak to wygląda, ale na pewno są jeszcze domy, w których pieczołowicie pielęgnuje się zwyczaje sprzed wielu lat.

Potem temat zrobił się bliższy żołądkowi, również jako refleksja poświąteczna: „To jedzenie, które jest teraz w sklepach, to sama chemia. Z białej kiełbasy wycieka woda, a pieczona karkówka rośnie, zamiast się kurczyć podczas pieczenia. Coś co do niedawna było elementem składu leków, stało się tak powszechne w produkcji żywności (metyloceluloza). No i te słodycze dla dzieci pełne sztucznych barwników”.

W końcu doszłyśmy do tematu najbliższego naszym sercom w aptece, czyli tego, jak bardzo zmieniała się rola farmaceuty w ostatnich czasach. Rola to jedno, a drugie to praca w codziennym wydaniu. Zrobiło się smętnie. Co zrobić, czy w ogóle coś robić, jak zmienić i kogo zmieniać, czy w ogóle ktoś jeszcze chce się zmieniać?
Tyle można posłuchać na temat tego, że nasz zawód sprowadza się tylko do roli sprzedawcy magicznych cukierków, albo strażników państwowych pieniędzy przeznaczonych na refundację leków. Czy w dzisiejszych czasach mamy możliwość dzielenia się naszą farmaceutyczną wiedzą, tak jak robili to farmaceuci w dawnych czasach, kiedy ich wiedza była bezcenna?

Opowiadanie o tym, jak to było kiedyś, przeplatane z refleksją na temat rangi zawodu farmaceuty i jego znaczenia w społeczeństwie, zaczęło przedstawiać naszą rolę obecnie tak jakoś mało znacząco…
„O nie!” – odezwałyśmy się zgodnym chórem. Czy trzy osoby to już chór? Czy nasz pogląd podziela większa liczba farmaceutów?
„Przecież farmaceuta potrafi, prawda?” Rzekła Pani kierownik. „W nasz zawód wpisana jest tradycja, wystarczy tylko poszukać do niej na nowo drogi, a jak już się ją znajdzie to dokładnie tamtędy iść”.
Co do chemii w żywności pewnie też są jakieś sposoby. Czemu dawać własnemu dziecku lizaka ze sklepu czy cukierki, skoro każdy farmaceuta potrafi takie rzeczy wykonać samodzielnie.

Wróciłam do domu z myślą o tradycji krążącą ciągle po mojej głowie. W sobotę postanowiłam zrobić samodzielnie lizaki. Obok mnie stała Pani Kierownik, strażnik tradycji – Moja Mama.

Przepis na lizaki podany w jednostkach absolutnie niefarmaceutycznych to też element tradycji. W ten sposób lizaki przygotowywała Moja Babcia- Mama Mojej Mamy.

Przepis:
Pół szklanki cukru
1 łyżeczka miodu
1 łyżeczka syropu z czarnej porzeczki( syrop może mieć dowolny smak)
Masło do posmarowania deski, lub talerza
Patyczki (najlepsze są drewniane patyczki do szaszłyków, pozbawione ostrej końcówki i pocięte na trzy części)

Przygotowujemy dużą kamienną deskę lub duży talerz a także foremki do wykrawania ciastek oraz patyczki.
W rondelku rozgrzewamy cukier. W zależności od czasu ,jaki poświęcamy na tą czynność, możemy uzyskać masę cukrową, która jest jasna i przeźroczysta albo masę ciemną, karmelową, kiedy cukier się spali. Do stopionego cukru dodajemy łyżeczkę miodu i łyżeczkę soku z porzeczki. Mieszamy. Wszystkie czynności wykonujemy bardzo powoli i ostrożnie, bo gorąca masa jest trudna do usunięcia ze skóry. Kolejną wskazówką jest przygotowywanie masy raczej na kuchence elektrycznej niż gazowej.

Gorącą masę wylewamy do ułożonych na posmarowanej tłuszczem desce foremek. Czekamy chwilę, aż masa stężeje. Kiedy zobaczymy, że masa jest plastyczna i nie wyleje się po lekkim uniesieniu, podkładamy pod foremki patyczki. Jeżeli mamy dwie takie same foremki, można pokusić się o umieszczenie patyczka między nimi i stworzyć dwustronnego lizaka. Deskę z umieszczonymi na niej lizakami wkładamy do lodówki i chwilke czekamy.
Po około 15 minutach mamy zdrowe, bez chemicznych, sztucznych barwników lizaki.

Farmaceuta potrafi! Smacznego!

komentuj 0 komentarzy

O urodzie

Już dawno apteki przestały być miejscem, gdzie przychodzi się tylko i wyłącznie po leki. Każdy z nas może się pochwalić całkiem pokaźnym asortymentem kosmetyków. W ślad za tym poszło także poszerzanie naszej wiedzy na temat działania zastosowanych w nich substancji aktywnych. Kto z nas nie wie co to jest Jojoba czy Parabeny? Ostatnio na topie są preparaty zawierające oleje uzyskiwane ze specjalnie w tym celu hodowanych nasion zbóż. Wybór jest coraz większy. Nasza wiedza też jest coraz większa.

Chyba już każdy przedstawiciel naszego zawodu może się pochwalić certyfikatami ze szkoleń na temat chorób skóry i jej prawidłowej pielęgnacji. Ta wiedza jest jak najbardziej potrzebna, ale oczekiwania pacjentów też stają się większe. Bardzo często szukają u nas porady i odpowiedzi na pytania, na które tak naprawdę odpowiedzi znają tylko lekarze dermatolodzy lub wykwalifikowani kosmetolodzy. Czy taki zwykły praktykujący farmaceuta będzie w stanie odpowiedzieć na wszystkie pytania odnośnie diagnostyki, leczenia i doboru preparatów do pielęgnacji naszej najbardziej zewnętrznej warstwy? Uczciwie trzeba powiedzieć, że nie. To nie jest nasza rola. Myślę, że będziemy jak najbardziej kompetentni w kwestii doboru kosmetyków po uprzedniej konsultacji pacjenta z lekarzem. Jesteśmy w stanie pomóc z naszą najlepszą wiedzą i wolą, kiedy wiemy, w którym kierunku mamy iść.

Zdarzają się jednak i takie przypadki, kiedy oczekuje się od nas wszystkiego: diagnostyki schorzenia, określenia rodzaju skóry i doboru odpowiedniego kosmetyku, a to wszystko w aptece pełnej ludzi w godzinach szczytu. Wszystko jeszcze przebiega w miarę dobrze,kiedy przychodzi pacjent zdecydowany i zorientowany w swoich potrzebach , ale co zrobić, kiedy pojawia się niezdecydowana z natury, absolutnie niezorientowana w niczym, a na dodatek uparta pacjentka? Ktoś mi kiedyś powiedział, że:„nie ma co się martwieć, rozwiązanie zawsze przychodzi z boku.”

Pewnego pięknego jesiennego dnia, kiedy słońce iskrzyło się na lekko zamarźniętych liściach, których listopadowy wiatr jeszcze nie zdążył rozwiać, apteka zapełniła się potrzebującymi pomocy ludźmi. Wśród nich pojawiła się młoda dziewczyna. Podeszła do okienka i poprosiła o „jakiś krem”. Pod pojęciem „jakiś krem” może kryć się wszystko.

Rozpoczęła się seria pytań pomocniczych: do jakiej skóry? Dla osoby w jakim wieku? Na dzień czy na noc? Tłusty, półtłusty czy nawilżający? W jakim przedziale cenowym? Te pytania miały na celu zawęzić krąg poszukiwań, ale o ironio wcale tego nie robiły, ponieważ pacjentka kontratakowała swoimi pytaniami: a jaką ja mam skórę? Czy już powinnam używać kremów do cery dojrzałej czy jeszcze zbyt wcześnie? Czy lepiej działają kremy na dzień czy na noc, które z nich są mocniejsze? Czy na dzień lepiej stosować krem nawilżający czy półtłusty? Czy na noc lepszy będzie krem tłusty czy nawilżający? Czy filtry zawarte w kremach na dzień nie będą jakoś wpływały na skórę, kiedy kremu na dzień użyję na noc? A co to jest…. Tu padło kilka pytań o substancje aktywne wyczytane na opakowaniach produktów, które pacjentka miała w rekach. Potem seria pytań o składniki dodatkowe, konserwanty. Na koniec moje ulubione pytania o Parabeny: czy to prawda czy mit, że ich stosowanie jest szkodliwe dla zdrowia kobiety? Które z tych kremów zawierają Parabeny, a które nie?

Co kryje umysł farmaceuty w takiej sytuacji, kiedy jest poddawany próbie na wytrzymałość styków w układzie nerwowym? Na egzaminie z Technologii Postaci Leków były łatwiejsze pytania. A tu człowiek stoi i się uśmiecha, bo przecież farmaceuta służy poradą z najlepszą wolą i przy użyciu najlepszej swojej wiedzy. Ktoś pewnie powie, że należy odesłać taką niezdecydowaną pacjentkę do drogerii albo do apteki, w której jest oddzielne stoisko z kosmetykami, gdzie pracuje personel zajmujący się tylko tą dziedziną. Może i racja, ale musielibyśmy odsyłać do konkurencji co trzecią pacjentkę.

Nadszedł moment, w którym pacjentka już jest bliska decyzji. Już sięga ręka po jeden z pięknie opakowanych słoiczków. Na mojej twarzy zarysowuje się wyraz ulgi i… „To ja się jeszcze zastanowię”- mówi. W tym momencie słychać jak inni pacjenci stojący w kolejce i obserwujący całe to zdarzenie wydają jęk. Stali i czekali cierpliwie aż zostaną zaspokojone potrzeby w kwestii doboru kremu dla Młodej Damy, a tu nic. Zmarnowane pół godziny. Takie sytuacje naprawdę się zdarzają i są mało satysfakcjonujące dla wszystkich: pacjentów w kolejce, pacjentki przy okienku i farmaceuty.

Owego pięknego, mroźnego jesiennego dnia, przyszła mi na koniec z pomocą inna pacjentka. Starsza Pani nie wytrzymała tej całej sytuacji. Tak samo jak inni cierpliwie uczestniczyła w scenie doboru kremu, stojąc w kolejce za Młodą Damą. Kiedy ta już odchodziła z pustymi rękami w stronę drzwi, Starsza Pani ją zaczepiła i powiedziała:„Dziecko, nad czym ty się tyle zastanawiasz? Popatrz na mnie- latem smaruję twarz śmietaną, a w zimie smalcem i spójrz jak wyglądam.”
Kiedy nadeszła kolej na realizację recepty Starszej Pani, kilkukrotnie czytałam jej PESEL .Nie mogłam uwierzyć, bo wynikało z niego, że ma 88 lat, a wyglądała na około 60. Może to jest najlepsze rozwiązanie na problemy z doborem odpowiedniego kremu? Na lato śmietana, a na zimę smalec.

komentuj 0 komentarzy

Zdarzyło się

Zdarzyło się dzisiaj coś niezwykłego. W bardzo krótkim czasie pacjent, lekarz i aptekarz odczuli te same emocje: wstyd i zażenowanie. Historia rozpoczęła się absolutnie banalnie: przychodzi pacjent do apteki i podaje receptę. Nie dzieje się w tym momencie absolutnie nic niezwykłego.

A gdyby zacząć tak: przychodzi do apteki, prowadzony przez córkę dziewięćdziesięcioletni pacjent w trakcie leczenia onkologicznego. Córka pomaga mu zająć w miarę wygodne miejsce na krzesełku w aptece, a sama podaje recepty. Farmaceutka kolejno przynosi przepisane na drukach leki. Przystępuje do realizacji recept. Kolejno wpisuje: PESEL, REGON, nr lekarza, wstukuje na klawiaturze litery składające się na nazwę leku, wybiera rodzaj odpłatności wskazany przez lekarza. Pierwsza recepta zostaje zrealizowana. Teraz druga: PESEL, REGON… Kolejna recepta zrealizowana. Czas na ostatnią: PESEL, REGON…  nr lekarza nieczytelny! Akurat się nie odbił. A rano przyszło pismo z Izby Aptekarskiej, aby nie realizować dla własnego bezpieczeństwa recept z błędami w postaci między innymi nieczytelnych pieczątek.

Zrobiło się tak jakby kwaśno i mało komfortowo. Pacjent zamiejscowy, lek niezbędny, a pełno płatnie bardzo, bardzo drogi.

Rozpoczął się dialog między Starszym Panem a Córką: – Nie bierzmy tego i jedźmy już do domu, jestem zmęczony.- mówił Starszy Pan,  – Tato, musisz mieć leki przeciwbólowe, bez tego nie możemy wrócić. – mówiła Córka.

Była to jedna z trzech recept wystawionych tego dnia, przez tego samego lekarza, dla tego samego pacjenta. Były realizowane kolejno w tej samej aptece. Pozostałe dwie miały prawidłowo odbite pieczątki, z których bez problemu odczytałam nr lekarza. To wszystko jest przecież takie proste i oczywiste!

Przede mną siedzi pacjent, który marzy tylko o tym, żeby wrócić do domu, a ja mam kłopot, ponieważ wiem, że w trakcie kontroli nikt nie posłucha historii o starszym schorowanym Panu, jego Córce, ich codziennym zmaganiu się z ciężką chorobą. Kontroli podlegają druki recept – zimne, szeleszczące papierki z literkami i cyferkami i człowiekiem zamkniętym w numerze PESEL.

Gdyby chociaż raz osoba tworząca te wszystkie przepisy i udogodnienia stanęła na miejscu farmaceuty z dylematem: wydać czy nie wydać? Zaryzykować i zapłacić ewentualnie samemu czy… Gdyby chociaż raz Urzędnik Państwowy popatrzył w oczy rodziców dziecka wypisywanego z Oddziału Chirurgii Onkologicznej, chcących zrealizować nie do końca poprawnie wystawioną receptę pisaną ręką chirurga, z jego najlepszą wiedzą i wolą. Gdyby chociaż raz!

Nie da się zapomnieć wyrazu twarzy takiego rodzica, który z obłędem w oczach zabiera dziecko ze szpitala wraz z wypisem, na który czekał pół dnia i dostaje receptę, do której w  wyniku pośpiechu lekarza wkradł się niewielki, ale za to istotny od strony formalnej błąd. Ciężko jest nawet opisać same uczucia towarzyszące takiej sytuacji, a jest to przecież nasza codzienność. Powiedzenie „przepraszam” w takiej sytuacji nic nie daje, bo serce rodzica śmiertelnie chorego dziecka jest niewrażliwe już na żadne „przepraszam”. Wydać pełno płatnie dla naszej wygody? To rozwiązanie najprostsze, a jednocześnie najpodlejsze. Pozostaje jeszcze zaryzykować i spróbować poprawić receptę u lekarza, który ją wystawiał, co często graniczy z cudem.

Starszy Pan wraz z Córką pojechali do domu z kompletem zapisanych leków, zapłacili za nie tak, jakby recepty były wystawione bezbłędnie. I znowu to okropne „przepraszam”, tym razem z ust schorowanego dziewięćdziesięciolatka – człowieka, który czuje się winny. Właściwie winny czego? Przecież nie ma tam grama Jego winy, a mimo wszystko niewyraźnie odbita pieczątka paradoksalnie  „odbiła się” na Jego nastroju. Czy to koniec koszmaru?

Etap ostatni. Wizyta u lekarza. Krok pierwszy: pokonać kolejkę chorych, zniecierpliwionych ludzi, którzy czasami po kilka godzin czekają na swoje „pięć minut”. Krok drugi: przekonać lekarza do poprawienia recepty, w sposób elegancki i pozbawiony złych emocji.

Uzbrojona w wolę walki, w imię słusznej sprawy, zaatakowałam. Pewnym krokiem minęłam kolejkę oczekujących, starając się nikomu nie patrzeć w oczy i dotarłam do gabinetu. Stanęłam w progu przedstawiając się i wyjaśniając w telegraficznym skrócie, co mnie sprowadza. To, co się chwilę później wydarzyło, pozbawiło mnie resztek energii niezbędnej do prawidłowego funkcjonowania w grupie homo sapiens.

Lekarz, profesor, człowiek dwukrotnie starszy ode mnie zaczął mnie przepraszać za błąd, który popełnił. Na jego twarzy malowało się autentyczne poczucie wstydu i zażenowania. Człowiek, który z oddaniem walczy o ludzkie życie, przeoczył taki mały, w obliczu tego, co robi  na co dzień, szczegół! Tego było zbyt wiele. Brak tuszu w jednym miejscu na blankiecie zepsuł humor tylu osobom! Pal sześć czas, który został zmarnowany na poprawianie, rozważania i dyskusję o „błędzie w postaci niewyraźnie odbitej pieczątki”. Ale ile emocji temu towarzyszyło ze strony pacjenta, lekarza i farmaceuty…

 

 

 

komentuj 2 komentarzy

Zdjęcia RTG

Kiedy już wybiła punkt 19, podłoga lśniła czystością, a moje myśli były skierowane ku domowym pieleszom. W momencie, kiedy zamykałam drzwi, zobaczyłam stojącego w strugach deszczu chłopaka. Ręce miał złożone jak do modlitwy i prosił, żeby mu koniecznie otworzyć. Nie miał co prawda w ręce recepty, ale widać było, że jest w potrzebie. Krzyknęłam do koleżanki przy okienku, żeby nie wyłączała komputera. Otworzyłam młodzieńcowi. Wtoczył się powoli razem z rowerem do środka pozostawiając po sobie kałużę niemal jak Morze Czerwone. Otrzepał się z wody i zapytał: „Przepraszam, czy nie wie Pani jak dojechać do ulicy Roentegena, tego od zdjęć RTG?”.

 

komentuj 0 komentarzy

Wspomnienie lata

Jest to wspomnienie nie takie zwyczajne, bo nie ma w sobie szumu fal oceanu ani szemrania górskiego potoku. To wspomnienie o smaku ogórków kiszonych. Któregoś pięknego , letniego dnia odwiedziła naszą aptekę starsza Pani. Podała receptę i cierpliwie czekała aż przyniosę wszystkie zapisane na niej specyfiki. Nie było tego dużo. Kiedy podałam jej leki i poinformowałam ile ma do zapłacenia, Ona wyjęła z torby słoik ogórków kiszonych domowej roboty i powiedziała: „Teraz się wymienimy”. Postawiła go na blacie, zabrała leki, po czym najspokojniej w świecie wyszła. Wprawiła mnie w lekką konsternację tym zachowaniem, ale przystałam na jej propozycję. Koszt leków nie był wysoki, a wybrnięcie z całej sytuacji zahamowałoby ruch kolejki na bardzo długo. Powiem na ten temat jeszcze tylko tyle’ że ogórki były pyszne, a sok doskonale gasił pragnienie w upalny dzień. Pani najwyraźniej znała się na rzeczy.

Przepis na pyszne ogórki kiszone.
Zebrane w ciepły lipcowy poranek ogórki myjemy dwukrotnie w zimnej wodzie. Do wymytych i wyparzonych słoików wrzucamy po 3 ząbki czosnku i trochę suszonego kopru włoskiego. Układamy ogórki. Jeżeli zależy nam, aby szybko się ukisiły, należy poobcinać końcówki z dwóch stron ogórka. Zalewamy  gorącą zalewą przygotowaną według przepisu: pięć płaskich łyżeczek soli na litr wody. Słoiki zakręcamy i ustawiamy dnem do góry. Smacznego

komentuj 0 komentarzy