Blog Z Apteki pod Liściem Szerokim

RSS

Matki Królów

 

To poproszę dla Księcia Kaspiana, a to dla Króla Artura – powiedziała młoda kobieta, uśmiechając się przy tym tak pięknie. Ubrana w dres. Z krótko przyciętymi włosami, z delikatnym makijażem, ale bez tipsów czy nawet pomalowanych paznokci, wyglądała jak nastolatka. To jedna z mam dzieci, które przebywają w pobliskiej klinice. To jedna z tych mam, którym obce są zwątpienie i brak nadziei, a siłą jest ich miłość.
Po czym można poznać, że to Matka Króla lub Królewny?

Matki Królów nigdy nie przestają się uśmiechać. Są doskonale zorganizowane i zawsze bardzo się spieszą (bo niosą na oddział np. gorące rogaliki prosto z piekarni lub tubkę kleju, którego zabrakło podczas zabawy w wyklejanie masek albo obrazków). Doskonale wiedzą, gdzie jest najbliższy sklep spożywczy i jak długo jest otwarty. Wiedzą, gdzie jest najbliższy bar z pierogami i sklep z zabawkami, o aptece już nawet nie wspomnę.

Robią rozpoznanie terenu szybciej niż zawodowy żołnierz. Potrafią także przetrwać bez jedzenia i picia, bez chwili snu i z tym uśmiechem na ustach dłużej niż nie jeden komandos, najemnik lub po prostu zawodowy wojskowy. Mają też inną cechę. Przy całym tym zorganizowaniu i energii, która od nich bije, są jednocześnie uzbrojone w ogromne pokłady cierpliwości i spokoju, ale ich podstawową bronią jest po prostu bezgraniczna miłość do ich dzieci.
Ich dzieci to nie tylko te, z którymi przybywają do kliniki. Po jakimś czasie także wszystkie inne maluszki, które spotykają na oddziale, są dla nich prawie tak samo ważne. Płacz obcego dziecka w nocy budzi je tak samo jak ich własnego. Podbiegają i odruchowo przytulają wszystkie skarby, które tego potrzebują. Kiedy czytają bajki lub śpiewają piosenki, zawsze robią to z myślą o wszystkich dzieciach. Kiedy przynoszą coś interesującego na oddział, to zawsze dla wszystkich. To właśnie na oddziale stają się sobie bliskie jak rodzina. Dzielą się ze sobą, czym tylko mogą. Wspierają w najdrobniejszych sprawach. Porozumiewają się czasami bez słów. Już po pierwszym wspólnie spędzonym dniu w ciasnych salach szpitalnego „więzienia” odnajdują we współlokatorkach bratnie dusze.

Rano bez pytania zalewają od razu dwie kawy, bo wiedzą, że koleżanka z sali też chętnie się napije. Po południu na zmianę wychodzą do pobliskiego baru po coś ciepłego do jedzenia. Potem, także na zmianę, wychodzą i jedzą w ukryciu przed dziećmi. Dania typu fast food nie są czymś wskazanym dla małych brzuszków. Wieczorem ustawiają się w długiej kolejce do łazienki dla rodziców, żeby po całym dniu skorzystać z luksusu szybkiego prysznica. Zajmują sobie kolejkę jak w czasach PRL po towar reglamentowany, którym w tym wypadku jest ciepła woda.
­
Nocą rozmawiają. Nie ma tematów tabu lub pytań bez odpowiedzi. Jakimś zrządzeniem losu doskonale się rozumieją. Kto lepiej zrozumie matkę z lękiem patrzącą na śpiące, chore dziecko niż inna matka dokładnie w tej samej sytuacji? Czas na ten lęk jest tylko w nocy, kiedy nikt nie widzi. Kiedy dzieci tego nie zobaczą i nie wyczują. Wtedy też mogą sobie Matki Królów pozwolić na uwolnienie emocji i skroplenie ich w postaci najczystszych matczynych łez. Czasami płaczą głośniej i dłużej niż ich dzieci, które w ciągu dnia były poddawane bolesnym lub tylko nieprzyjemnym i niezrozumiałym dla nich badaniom.

Matki Królów podczas tych badań robią wszystko, żeby malca uspokoić, ale w środku płaczą razem z nim. Kiedy wstaje kolejny dzień, one przybierają na nowo słoneczny, promienny wyraz twarzy. Po nieprzespanej nocy pozostają tylko lekko zarysowane pod oczami półksiężyce. Mimo bólu pleców lub innych części ciała, po nocy spędzonej na szpitalnej podłodze, stają wyprostowane i gotowe do walki. Nie zwracają uwagi na ból ramion albo ból głowy u siebie, bardziej odczuwają pobieranie krwi u dziecka i bardziej boli je ta maleńka kropeczka na przegubie maleńkiej rączki.

Pani magister, czy ma pani smoczek z hipopotamem? Jeśli nie ma, to czy może mi go pani sprowadzić z hurtowni, ale koniecznie z hipopotamem, takim niebieskim, bo to dla tej maleńkiej Asi. Gdzieś zgubiła swój, a ten, który kupiłam ostatnio, jest ze słoniem, a miał być z hipopotamem – poprosiła młoda kobieta ubrana w dres, z krótko przyciętymi włosami. Uśmiechała się przy tym tak pięknie.
Siłą, która pozwala wszystko przetrwać Matkom Królów, jest miłość do ich dzieci.

komentuj 1 komentarz

Bo marzec to już wiosna

 

 

– Ojej, Marian, nie do tej siatki, tylko do tej drugiej!
– Nie, a właśnie, że do tej, tu jeszcze jest miejsce.
– Ty uparciuchu!
– Ja jestem uparciuch? Chyba ty.
– Przepakowujemy się, i to już!
Taki dialog powtarza się prawie za każdym razem, kiedy pani Maria i pan Marian robią zakupy w naszej aptece. Bardzo lubię na nich patrzeć. Ich sprzeczki są zawsze pełne ciepłych uczuć i kończą się uśmiechem na ich twarzach. Są do siebie bardzo podobni. Nie tylko pod względem charakteru, temperamentu, ale nawet fizycznie. Ktoś, kto nie wie, że są małżeństwem od trzydziestu lat, mógłby nawet pomyśleć,  że są rodzeństwem. Czy faktycznie oboje są tacy uparci? Tak. Kiedy przypominam sobie ich historię, to widzę, że upór i determinacja są ich siłą. Siłą, której oboje zawdzięczają życie.

Państwo M., nazywani tak od pierwszej litery ich imion, są naszymi wiernymi pacjentami już od wielu lat. Przez te lata zawsze przychodzili razem. Razem też pakowali zakupy, za każdym razem odgrywając scenę kłótni małżeńskiej. Tak było do roku 2007, kiedy to pani Maria zaczęła pojawiać się coraz częściej bez męża. Na początku nikt z nas nie zwracał na to uwagi, aż do momentu, kiedy na twarzy pani Marii trwale zagościł smutek. Pani, która słynęła z pogodnego usposobienia, przestała żartować, tylko chciała jak najszybciej zrobić zakupy i wracać do domu. W końcu któraś z nas nie wytrzymała i zapytała o męża.

„Pan Marian podupadł na zdrowiu” – nikt z nas nie śmiał o nic więcej pytać. Każda kolejna wizyta pani Marii w aptece pozostawiała nas z takim dziwnym niepokojem w sercach i taką ludzką ciekawością. Coś się musiało stać.

Stało się, a właściwie działo się już od dawna, tylko nikt tego nie zauważył. Nie zauważyła też pani Maria. Okazało się, że jej mąż traci wzrok. Nie przyznał się nikomu, a w momencie, kiedy sytuacja stała się już bardzo poważna, popadł w apatię. To wszystko nie stało się z dnia na dzień, ale trwało miesiącami. Silny, postawny mężczyzna myślał, że sam poradzi sobie z problemem wzroku. Zaniedbał sprawę do takiego stopnia, że całkowicie stracił zdolność widzenia. Stracił także chęć do życia. Kiedy pani Maria zorientowała się, że dzieje się coś niedobrego i chciała działać, mąż zamknął się w sobie i odmówił współpracy. Nie pomagały ani prośby, ani groźby. Niestety, dołączyły się początki depresji.

Na szczęście, przed laty spotkał swoją połówkę jabłka w postaci upartej pani Marii. Pani, która nie poddała się zwątpieniu i postanowiła działać. Jak później opowiadała, w pierwszej chwili, kiedy zetknęła się z chorobą, czuła się zostawiona sama z całym problemem. Nie wiedziała, jak zacząć. Potrzebowała impulsu. Takim impulsem okazała się potrzeba załatwienia wraz z mężem sprawy urzędowej, przy której były wymagane podpisy obojga małżonków. To zmusiło pana Mariana do wyjścia z domu po wielu miesiącach ukrywania się. To było to. Kiedy poczuł powiew świeżego powietrza, powróciła iskra życia. Zmobilizowany do zadbania o siebie, ubrania się, poczuł znowu, że jest w świecie żywych. Pani Maria nie zwlekała z dalszymi działaniami. Zaczęła od niego więcej wymagać. Przypominając mu, jak to jest, kiedy obcuje się z ludźmi, nawet w momencie, kiedy się ich nie widzi. Spacer do pojemnika na plastyk, mieszczącego się na drugim końcu osiedla, był o wiele piękniejszy niż wszystkie ich spacery w okresie narzeczeństwa. Żaden inny nie przyniósł tyle radości. Takimi małymi krokami zmierzali ku lepszemu życiu.

Sama mobilizacja męża to była tylko połowa sukcesu. W tym samym czasie pani Maria szukała pomocy specjalistów. Pukała do każdych drzwi, do których znalazła adres. Lekarz POZ, numery instytucji pomagających rodzinie znalezione w lokalnej prasie, krewni i znajomi. Wszystko po to, aby ocalić człowieka, którego tak bardzo kochała. Kochała mądrze.

Udało się jej. Trwało to bardzo długo, bo kilka lat, ale nadal są razem. Po wstępnym leczeniu depresji przyszedł czas na ratowanie wzroku.

To, co wydawało się niemożliwe, stało się całkiem realne. Pan Marian nie odzyskał zdolności widzenia całkowicie, natomiast w takim stopniu, że umożliwiało mu to w miarę samodzielne funkcjonowanie. Dzięki temu nadal możemy słuchać ich przesympatycznych sporów:
– Marian, za lekko się ubrałeś, będziesz chory!
– Kochanie, no co ty, przecież marzec to już wiosna!

komentuj 2 komentarzy

O skutkach wprowadzania reformy

Pani magister co pani robi o tej porze w aptece? Przecież zamykacie o 19 a jest 23!- zapytał mnie sąsiad, którego spotkałam przed lokalem. Faktycznie była 23, a ja przyjechałam do apteki po antybiotyk dla mojej córki.

Wszyscy wiedzą, że małe dzieci chorują, najczęściej w chwilach największej zawieruchy wkoło. Tak było 2 stycznia roku Pańskiego 2012.  Nie czuję potrzeby realizowania recept tylko w aptece, w której pracuję, ale tym razem zmusiła mnie sytuacja. To był ciężki dzień. Chore dziecko to już nadto atrakcji. Wizyta u specjalisty na drugim końcu miasta w jedynym wolnym terminie, czyli na 19. Byłam szczęśliwa wychodząc z gabinetu przed 20 i trzymając w ręce prawidłowo wystawioną receptę. Ponieważ na trasie miedzy gabinetem pediatry a moim domem są trzy apteki czynne co najmniej do 22, nawet mi nie przyszło do głowy żeby jechać do siebie. Kiedy podjechałam pod pierwszą z nich o 20:05 i zobaczyłam na drzwiach informację: „Zamknięte z powodów formalnych.”

Przypomniałam sobie, że faktycznie część z pośród właścicieli aptek nie dopełniła jeszcze formalności związanych z wejściem w życie nowej ustawy. Ruszyłam dalej, przecież mam po drodze jeszcze dwie apteki. Kolejna – zamknięta o 20:15 chociaż powinna być czynna do 21, bez informacji. Została mi już tylko jedna po drodze. Byłam wtedy już całkiem spory kawałek za miastem. Podjeżdżałam do niej z szybciej bijącym sercem niż zwykle. Przyznam szczerze że zaklęłam w duchu kiedy zobaczyłam że i ta ostatnia jest zamknięta. Ręce mi opadły, bo wiedziałam, że zaraz muszę podać antybiotyk mojemu kaszlącemu, choremu dziecku, a Królewna już przysypiała. Wiedziałam, że nie mogę z Nią wrócić do miasta, bo wyjmowanie Jej takiej zaspanej z samochodu i wnoszenie do apteki przyniesie więcej szkody niż pożytku.

Ostatnie kilka tygodni grudnia poświęciłyśmy w pracy na to, żeby wystartować od poniedziałku. Nie było łatwo, bo wymogi formalne odnośnie dokumentów wymagały kilkakrotnego jeżdżenia do oddziału NFZ . Dałyśmy rade. Dlaczego innym się nie udało? Nie chciałam wierzyć w to co przeczytałam tuż przed końcem roku, że nawet 40% aptek w moim rejonie nie jest przygotowanych do pracy w 2012 roku. To niemożliwe, nie aptekarze! A jednak musiałam się przekonać na własnej skórze. Ja miałam możliwość pojechania po leki do siebie do pracy, kiedy położyłam dziecko spać i zostawiłam pod troskliwą opieką. Co z tymi, którzy nie mają takiej możliwości? Ktoś mnie kiedyś spytał dlaczego wożę dziecko do pediatry na drugi koniec miasta. Odpowiedziałam, że ze względu na doświadczenie i odwagę lekarki, która mimo wieku emerytalnego ma najnowocześniejszy gabinet w mieście, nie zasłania się przeszkodami „ formalnymi” z wypisywaniem recept, tylko idzie z postępem, duchem czasu i potrafi się dostosować do realiów. Dla niej najważniejszy jest pacjent. Wielu mogłoby się od niej uczyć.

komentuj 0 komentarzy

Zdjęcia RTG

Kiedy już wybiła punkt 19, podłoga lśniła czystością, a moje myśli były skierowane ku domowym pieleszom. W momencie, kiedy zamykałam drzwi, zobaczyłam stojącego w strugach deszczu chłopaka. Ręce miał złożone jak do modlitwy i prosił, żeby mu koniecznie otworzyć. Nie miał co prawda w ręce recepty, ale widać było, że jest w potrzebie. Krzyknęłam do koleżanki przy okienku, żeby nie wyłączała komputera. Otworzyłam młodzieńcowi. Wtoczył się powoli razem z rowerem do środka pozostawiając po sobie kałużę niemal jak Morze Czerwone. Otrzepał się z wody i zapytał: „Przepraszam, czy nie wie Pani jak dojechać do ulicy Roentegena, tego od zdjęć RTG?”.

 

komentuj 0 komentarzy