To poproszę dla Księcia Kaspiana, a to dla Króla Artura – powiedziała młoda kobieta, uśmiechając się przy tym tak pięknie. Ubrana w dres. Z krótko przyciętymi włosami, z delikatnym makijażem, ale bez tipsów czy nawet pomalowanych paznokci, wyglądała jak nastolatka. To jedna z mam dzieci, które przebywają w pobliskiej klinice. To jedna z tych mam, którym obce są zwątpienie i brak nadziei, a siłą jest ich miłość.
Po czym można poznać, że to Matka Króla lub Królewny?
Matki Królów nigdy nie przestają się uśmiechać. Są doskonale zorganizowane i zawsze bardzo się spieszą (bo niosą na oddział np. gorące rogaliki prosto z piekarni lub tubkę kleju, którego zabrakło podczas zabawy w wyklejanie masek albo obrazków). Doskonale wiedzą, gdzie jest najbliższy sklep spożywczy i jak długo jest otwarty. Wiedzą, gdzie jest najbliższy bar z pierogami i sklep z zabawkami, o aptece już nawet nie wspomnę.
Robią rozpoznanie terenu szybciej niż zawodowy żołnierz. Potrafią także przetrwać bez jedzenia i picia, bez chwili snu i z tym uśmiechem na ustach dłużej niż nie jeden komandos, najemnik lub po prostu zawodowy wojskowy. Mają też inną cechę. Przy całym tym zorganizowaniu i energii, która od nich bije, są jednocześnie uzbrojone w ogromne pokłady cierpliwości i spokoju, ale ich podstawową bronią jest po prostu bezgraniczna miłość do ich dzieci.
Ich dzieci to nie tylko te, z którymi przybywają do kliniki. Po jakimś czasie także wszystkie inne maluszki, które spotykają na oddziale, są dla nich prawie tak samo ważne. Płacz obcego dziecka w nocy budzi je tak samo jak ich własnego. Podbiegają i odruchowo przytulają wszystkie skarby, które tego potrzebują. Kiedy czytają bajki lub śpiewają piosenki, zawsze robią to z myślą o wszystkich dzieciach. Kiedy przynoszą coś interesującego na oddział, to zawsze dla wszystkich. To właśnie na oddziale stają się sobie bliskie jak rodzina. Dzielą się ze sobą, czym tylko mogą. Wspierają w najdrobniejszych sprawach. Porozumiewają się czasami bez słów. Już po pierwszym wspólnie spędzonym dniu w ciasnych salach szpitalnego „więzienia” odnajdują we współlokatorkach bratnie dusze.
Rano bez pytania zalewają od razu dwie kawy, bo wiedzą, że koleżanka z sali też chętnie się napije. Po południu na zmianę wychodzą do pobliskiego baru po coś ciepłego do jedzenia. Potem, także na zmianę, wychodzą i jedzą w ukryciu przed dziećmi. Dania typu fast food nie są czymś wskazanym dla małych brzuszków. Wieczorem ustawiają się w długiej kolejce do łazienki dla rodziców, żeby po całym dniu skorzystać z luksusu szybkiego prysznica. Zajmują sobie kolejkę jak w czasach PRL po towar reglamentowany, którym w tym wypadku jest ciepła woda.
Nocą rozmawiają. Nie ma tematów tabu lub pytań bez odpowiedzi. Jakimś zrządzeniem losu doskonale się rozumieją. Kto lepiej zrozumie matkę z lękiem patrzącą na śpiące, chore dziecko niż inna matka dokładnie w tej samej sytuacji? Czas na ten lęk jest tylko w nocy, kiedy nikt nie widzi. Kiedy dzieci tego nie zobaczą i nie wyczują. Wtedy też mogą sobie Matki Królów pozwolić na uwolnienie emocji i skroplenie ich w postaci najczystszych matczynych łez. Czasami płaczą głośniej i dłużej niż ich dzieci, które w ciągu dnia były poddawane bolesnym lub tylko nieprzyjemnym i niezrozumiałym dla nich badaniom.
Matki Królów podczas tych badań robią wszystko, żeby malca uspokoić, ale w środku płaczą razem z nim. Kiedy wstaje kolejny dzień, one przybierają na nowo słoneczny, promienny wyraz twarzy. Po nieprzespanej nocy pozostają tylko lekko zarysowane pod oczami półksiężyce. Mimo bólu pleców lub innych części ciała, po nocy spędzonej na szpitalnej podłodze, stają wyprostowane i gotowe do walki. Nie zwracają uwagi na ból ramion albo ból głowy u siebie, bardziej odczuwają pobieranie krwi u dziecka i bardziej boli je ta maleńka kropeczka na przegubie maleńkiej rączki.
Pani magister, czy ma pani smoczek z hipopotamem? Jeśli nie ma, to czy może mi go pani sprowadzić z hurtowni, ale koniecznie z hipopotamem, takim niebieskim, bo to dla tej maleńkiej Asi. Gdzieś zgubiła swój, a ten, który kupiłam ostatnio, jest ze słoniem, a miał być z hipopotamem – poprosiła młoda kobieta ubrana w dres, z krótko przyciętymi włosami. Uśmiechała się przy tym tak pięknie.
Siłą, która pozwala wszystko przetrwać Matkom Królów, jest miłość do ich dzieci.



Jestem farmaceutką i studentką dziennikarstwa. Mój prywatny świat to moja córka i dom z ogrodem. W wolnych chwilach odkrywam na nowo stare receptury tak apteczne, jak i kuchenne, a formą relaksu są dla mnie sport, muzyka i książki. Wierzę, że dobrze w życiu wychodzi nam to, co robimy z sercem.