Blog Z Apteki pod Liściem Szerokim

RSS

Długi weekend

- Hurra! Długi weekend! – rzekła moja znajoma. – Teoretycznie, biorąc tylko trzy dni urlopu, można mieć aż dziewięć dni wolnego, słyszałaś?- pytała.
- Pewnie, że słyszałam, tylko, że ktoś musi w te dni „wolne” pracować.
- To się zanudzisz, jak wszyscy pacjenci wyjadą. – kontynuowała. – Co ty będziesz robiła w tej pustej aptece przez tyle godzin?
- Jak to co? – zdziwiłam się. Będę pracowała. – odpowiedziałam zgodnie z prawdą. – Uwierz mi, że w takie „ wolne” dni dzieje się czasami o wiele więcej niż w powszednie. – dodałam.

Sięgając pamięcią wstecz przywołałam w myślach taki wolny dzień, którego nie da rady tak łatwo zapomnieć.
To był dzień teoretycznie wolny, właśnie taki jak dni między pierwszym, a trzecim maja. Niby pracujący, ale jakby pracowników nie było. Na swoich stanowiskach pozostali tylko ci, którzy „ustawowo” pracować muszą lub pracują w tak zwanym sektorze usługowym, czyli farmaceuci też ( i z mocy ustawy i rozsądku).

Słonko świeciło pięknie i zachęcało do podejmowania działań zawodowych. Tym bardziej ochoczo podeszłam do drzwi wejściowych apteki, aby o odpowiedniej godzinie otworzyć je, w celu udostępnienia usług świadczonych w tym miejscu. Kiedy chwyciłam za klamkę, zobaczyłam, że w tym samym momencie  z drugiej strony chwyta za nią znajoma postać. Młody chłopak z baru mieszczącego się na końcu ulicy. Tylko, że jakiś taki był nienaturalnie blady. Wszedł wolnym krokiem i zanim zdążyłam zapytać jak mogę mu pomóc, on już siedział na krześle dla pacjentów i zalewał podłogę krwią. Okazało się, że przyczyną, która go do nas sprowadza jest rozcięty palec. Jakieś niefortunne posunięcie kuchennym nożem spowodowało naruszenie ciągłości skóry i w konsekwencji doprowadziło do całkiem obfitego krwawienia. Trzeba było działać szybko i sprawnie. Rana wyglądała na tyle poważnie, że wymagała konsultacji chirurga. Moja pomoc sprowadziła się tylko do opatrzenia rany i skierowania młodzieńca na pogotowie. Chłopak jednak nie chciał nigdzie jechać, mówił, że jest tego dnia w pracy całkiem sam. Posiedział jeszcze chwilę po czym wolnym krokiem udał się w stronę baru.
Kiedy wychodził minął się w drzwiach z kolejnym pacjentem, który już od progu krzyczał, że potrzebuje coś do hamowania krwawienia, tylko szybko! Nerwowo przebierał nogami i niechętnie odpowiadał na pytania pomocnicze o miejsce i siłę krwawienia. Bogatszy o podstawowy zestaw opatrunków zlecanych do hamowania krwawienia wybiegł z apteki.

Nie minęło pięć minut, kiedy wrócił wbiegając jeszcze szybciej, poprosił o „ jeszcze raz to samo”i znowu zniknął. Robiło się coraz bardziej interesująco. To był dopiero ranek, a tu już dwóch takich ciekawych pacjentów. Nie zdążyłam  dokończyć myśli, kiedy w drzwiach pojawił się kucharz z baru, mówiąc, że opatrunek mu przecieka i robi mu się słabo i chce wody, a do pracy to nie ma siły dojść i chce sobie jeszcze posiedzieć w aptece. Usiadł. Dołożyłam kolejną warstwę bandaża na rozcięty palec i zaczęłam od nowa przekonywać młodzieńca, że dobrze by było, żeby pojechał do lekarza, że:” pogotowie mu pomoże….”. Wbiegł po raz trzeci pan, który także hamował jakieś krwawienie, tylko gdzieś za rogiem, bo za każdym razem kiedy coś kupował pędził do końca ulicy i skręcał w prawo. Tym razem poprosił o opatrunek w sprayu i jeszcze raz to samo, czyli gazę i bandaże, które brał poprzednio. Jemu także zasugerowałam, że lepiej żeby sprawą krwawienia zajęło się pogotowie. On mi odpowiedział, że pogotowie już było i powiedziało, że nie są w stanie nic zrobić. Zabrał zakupy i wybiegł. Znowu zniknął za rogiem, a tymczasem kucharz zaczął słabnąć, jakiś taki sino –zielony się zrobił, ale upór dalej go trzymał w aptece, zamiast pchać w stronę lekarza. Teraz jeszcze miał argument, że pogotowie nie było w stanie nic zrobić z krwawieniem u tego drugiego pacjenta. Przecież słyszał , co powiedział ten drugi pan.

Robiło się coraz bardziej nieciekawie. Pacjenci, którzy wchodzili do apteki dziwnie spoglądali na bladego kucharza, a on odmawiał podjęcia rozsądnych kroków, z których najwłaściwszym było udać się w końcu na pogotowie. Siedział taki biedny wpatrując się w swój palec owinięty kilkoma warstwami opatrunku, który i tak robił się coraz bardziej czerwony. Ja nie mogłam się skupić na obsługiwaniu ludzi, którzy jak na złość zaczęli się akurat teraz schodzić. Po raz kolejny w aptece pojawił się pan od opatrunków. Tym razem już był spokojny -Udało się- powiedział- sytuacja opanowana, zabieramy pacjenta we właściwe miejsce. Pomyślałam, że to cud, genialnie! Od razu wpadłam na rewelacyjny (tak mi się wydawało) pomysł, że panowie mogli by także zabrać do lekarz kucharza z rozciętym palcem. Od razu zapytałam, czy istnieje taka możliwość. Pan od opatrunków zrobił bardzo zdziwioną minę. „Przecież on żyje”- powiedział patrząc na kucharza. Teraz to ja się zdziwiłam. Pan od opatrunków podał mi wizytówkę i poprosił o wypisanie faktury na rzeczy, które kupował. Na wizytówce grubymi czarnymi literami było napisane Zakład Usług Pogrzebowych…

Po chwili wszystko było jasne. Panowie z Zakładu Pogrzebowego zostali wezwani do zabrania ciała zmarłego, który doznał urazu głowy. Przez cały czas, kiedy ja walczyłam z rozciętym palcem kucharza, panowie w sanitarce stojącej za rogiem, walczyli z rozciętą głową nieboszczyka. Kucharz przysłuchiwał się  uważnie. Kiedy pan z zakładu pogrzebowego odwrócił się do niego z pytaniem, czy może go gdzieś podwieźć , chłopak dostał takiego przypływu sił życiowych, że przyspieszonym krokiem opuścił aptekę, krzycząc już w drzwiach, że „jedzie do lekarza”. Wypisałam spokojnie fakturę. Kiedy pan od opatrunków wyszedł, oparłam się o blat pierwszego stołu, całkowicie pozbawiona sił do jakichkolwiek działań.

Modliłam się, żeby nikt nie przychodził, żeby mieć chwilę spokoju. Zawiesiłam wzrok na jegomościu opartym o witrynę apteki. Pan spokojnie popijał napój w kolorze złota. Lekko chwiejąc się raz w jedną, a raz w druga stronę balansował ciałem tak, aby z puszki z napojem nie wylać przypadkiem cennej, bo złotej zawartości. W pewnym momencie pan zachwiał się mocniej niż przedtem i z impetem zderzył się z brukiem. Przez chwilę wydawało mi się że to tylko moja wyobraźnia spłatała  figla, ale otrzeźwienie przyszło dość szybko, kiedy usłyszałam krzyki ludzi: „wołajcie pogotowie, on ma atak padaczki!”…
Pogotowie przyjechało bardzo szybko, na szczęście dla wszystkich.

Czy to jest możliwe, żeby tyle różnych zdarzeń miało miejsce w  jednym miejscu i w tak krótkim czasie? Możliwe. Dlatego, kiedy ktoś mnie spyta, co będę robiła w taki „wolny” dzień w aptece, odpowiem, że będę pracowała.

komentuj 0 komentarzy

O urodzie

Już dawno apteki przestały być miejscem, gdzie przychodzi się tylko i wyłącznie po leki. Każdy z nas może się pochwalić całkiem pokaźnym asortymentem kosmetyków. W ślad za tym poszło także poszerzanie naszej wiedzy na temat działania zastosowanych w nich substancji aktywnych. Kto z nas nie wie co to jest Jojoba czy Parabeny? Ostatnio na topie są preparaty zawierające oleje uzyskiwane ze specjalnie w tym celu hodowanych nasion zbóż. Wybór jest coraz większy. Nasza wiedza też jest coraz większa.

Chyba już każdy przedstawiciel naszego zawodu może się pochwalić certyfikatami ze szkoleń na temat chorób skóry i jej prawidłowej pielęgnacji. Ta wiedza jest jak najbardziej potrzebna, ale oczekiwania pacjentów też stają się większe. Bardzo często szukają u nas porady i odpowiedzi na pytania, na które tak naprawdę odpowiedzi znają tylko lekarze dermatolodzy lub wykwalifikowani kosmetolodzy. Czy taki zwykły praktykujący farmaceuta będzie w stanie odpowiedzieć na wszystkie pytania odnośnie diagnostyki, leczenia i doboru preparatów do pielęgnacji naszej najbardziej zewnętrznej warstwy? Uczciwie trzeba powiedzieć, że nie. To nie jest nasza rola. Myślę, że będziemy jak najbardziej kompetentni w kwestii doboru kosmetyków po uprzedniej konsultacji pacjenta z lekarzem. Jesteśmy w stanie pomóc z naszą najlepszą wiedzą i wolą, kiedy wiemy, w którym kierunku mamy iść.

Zdarzają się jednak i takie przypadki, kiedy oczekuje się od nas wszystkiego: diagnostyki schorzenia, określenia rodzaju skóry i doboru odpowiedniego kosmetyku, a to wszystko w aptece pełnej ludzi w godzinach szczytu. Wszystko jeszcze przebiega w miarę dobrze,kiedy przychodzi pacjent zdecydowany i zorientowany w swoich potrzebach , ale co zrobić, kiedy pojawia się niezdecydowana z natury, absolutnie niezorientowana w niczym, a na dodatek uparta pacjentka? Ktoś mi kiedyś powiedział, że:„nie ma co się martwieć, rozwiązanie zawsze przychodzi z boku.”

Pewnego pięknego jesiennego dnia, kiedy słońce iskrzyło się na lekko zamarźniętych liściach, których listopadowy wiatr jeszcze nie zdążył rozwiać, apteka zapełniła się potrzebującymi pomocy ludźmi. Wśród nich pojawiła się młoda dziewczyna. Podeszła do okienka i poprosiła o „jakiś krem”. Pod pojęciem „jakiś krem” może kryć się wszystko.

Rozpoczęła się seria pytań pomocniczych: do jakiej skóry? Dla osoby w jakim wieku? Na dzień czy na noc? Tłusty, półtłusty czy nawilżający? W jakim przedziale cenowym? Te pytania miały na celu zawęzić krąg poszukiwań, ale o ironio wcale tego nie robiły, ponieważ pacjentka kontratakowała swoimi pytaniami: a jaką ja mam skórę? Czy już powinnam używać kremów do cery dojrzałej czy jeszcze zbyt wcześnie? Czy lepiej działają kremy na dzień czy na noc, które z nich są mocniejsze? Czy na dzień lepiej stosować krem nawilżający czy półtłusty? Czy na noc lepszy będzie krem tłusty czy nawilżający? Czy filtry zawarte w kremach na dzień nie będą jakoś wpływały na skórę, kiedy kremu na dzień użyję na noc? A co to jest…. Tu padło kilka pytań o substancje aktywne wyczytane na opakowaniach produktów, które pacjentka miała w rekach. Potem seria pytań o składniki dodatkowe, konserwanty. Na koniec moje ulubione pytania o Parabeny: czy to prawda czy mit, że ich stosowanie jest szkodliwe dla zdrowia kobiety? Które z tych kremów zawierają Parabeny, a które nie?

Co kryje umysł farmaceuty w takiej sytuacji, kiedy jest poddawany próbie na wytrzymałość styków w układzie nerwowym? Na egzaminie z Technologii Postaci Leków były łatwiejsze pytania. A tu człowiek stoi i się uśmiecha, bo przecież farmaceuta służy poradą z najlepszą wolą i przy użyciu najlepszej swojej wiedzy. Ktoś pewnie powie, że należy odesłać taką niezdecydowaną pacjentkę do drogerii albo do apteki, w której jest oddzielne stoisko z kosmetykami, gdzie pracuje personel zajmujący się tylko tą dziedziną. Może i racja, ale musielibyśmy odsyłać do konkurencji co trzecią pacjentkę.

Nadszedł moment, w którym pacjentka już jest bliska decyzji. Już sięga ręka po jeden z pięknie opakowanych słoiczków. Na mojej twarzy zarysowuje się wyraz ulgi i… „To ja się jeszcze zastanowię”- mówi. W tym momencie słychać jak inni pacjenci stojący w kolejce i obserwujący całe to zdarzenie wydają jęk. Stali i czekali cierpliwie aż zostaną zaspokojone potrzeby w kwestii doboru kremu dla Młodej Damy, a tu nic. Zmarnowane pół godziny. Takie sytuacje naprawdę się zdarzają i są mało satysfakcjonujące dla wszystkich: pacjentów w kolejce, pacjentki przy okienku i farmaceuty.

Owego pięknego, mroźnego jesiennego dnia, przyszła mi na koniec z pomocą inna pacjentka. Starsza Pani nie wytrzymała tej całej sytuacji. Tak samo jak inni cierpliwie uczestniczyła w scenie doboru kremu, stojąc w kolejce za Młodą Damą. Kiedy ta już odchodziła z pustymi rękami w stronę drzwi, Starsza Pani ją zaczepiła i powiedziała:„Dziecko, nad czym ty się tyle zastanawiasz? Popatrz na mnie- latem smaruję twarz śmietaną, a w zimie smalcem i spójrz jak wyglądam.”
Kiedy nadeszła kolej na realizację recepty Starszej Pani, kilkukrotnie czytałam jej PESEL .Nie mogłam uwierzyć, bo wynikało z niego, że ma 88 lat, a wyglądała na około 60. Może to jest najlepsze rozwiązanie na problemy z doborem odpowiedniego kremu? Na lato śmietana, a na zimę smalec.

komentuj 0 komentarzy

Dzień

 

- Dzień dobry, i co zrobić z resztą tak pięknie rozpoczętego dnia!
W ten sposób wita mnie wieczorową porą sąsiad, kiedy widzi jak zamykam aptekę. Zastanawia mnie, czy to pytanie to tylko żart z jego strony, czy może ma zdolność czytania w myślach? Czy pyta mnie dlatego, że widzi z jakim bagażem wychodzę z pracy?

Każdy dzień w naszej pracy jest niepowtarzalny. Niby praca taka zwyczajna, bo co niezwykłego może być w sporządzaniu i wydawaniu leków w kolorowych pudełeczkach? Czy ktoś nas uprzedza o tym, jak naprawdę wygląda praca farmaceuty? Czy ludzie zdaja sobie sprawę z tego, jak wiele w nas zmienia kontakt z ich życiem i problemami?

Za każdym razem, kiedy pan Sąsiad tak miło, a przewrotnie mnie zaczepia, mogę mu odpowiedzieć inaczej. Każdy dzień jest inny, przynosi całkiem odmienne emocje. Chciałabym mu opowiedzieć o ludziach, którzy są tacy wspaniali, a czasami nie mają za grosz wyobraźni i wyczucia sytuacji. Chciałabym mu opowiedzieć o Mamie, która od trzydziestu lat bez słowa skargi opiekuje się chorym dzieckiem, a czasami o zniecierpliwionym młodym rodzicu, który się wścieka, bo nie może się wyspać, bo mu „maluch ryczy” po nocach (a czego się spodziewał, przecież dzieci nie są bezszmerowe). Mogę mu zaproponować inwestycję w stopery do uszu i modlitwę dziękczynną , że ma zdrowe dziecko, ale się nie odzywam.

Tak naprawdę wiem, co zrobię z resztą tak pięknie rozpoczętego dnia. Kiedy już wrócę do domu, usiądę wieczorem do komputera i napiszę kolejne opowiadanie albo wpis na bloga. Dla podniesienia na duchu przygotuje jeszcze wcześniej coś bardzo smacznego na kolację. Oto przepis:

Składniki w ilości dla 2-3 osób( kobieta i mężczyzna lub trzy kobiety)
Makaron rurki lub wstążki
Serek mascarpone
Szynka surowa (Serrano, Parmeńska) lub boczek wędzony w bardzo cienkich plastrach
Pęczek koperku
Oliwki zielone lub czarne

Przygotowanie:
Na początku gotujemy makaron. Następnie szynkę i oliwki kroimy na bardzo drobne kawałki i podsmażamy na niewielkiej ilości oleju (w odpowiedniej kolejności: najpierw szynka, potem oliwki). Dodajemy do szynki i oliwek opakowanie serka mascarpone. Całość mieszamy. Patelnię trzymamy na niewielkim ogniu aż uzyskamy jednolity sos. Na koniec dodajemy drobno posiekany koperek w ilości połowy pęczka. Podrzegwamy mieszając. Pozostałą ilość koperku wykorzystamy do posypania dania tuż przed podaniem. Kiedy potrawa nabierze niepowtarzalnego koloru i aromatu, dodajemy makaron do sosu i mieszamy. Wykładamy na talerz, chociaż zniewalający zapach kusi do zjedzenia prosto z patelni. Potrawa jest wysokokaloryczna i o ogromnym potencjale poprawiania nastroju. Smakuje tak samo dobrze w towarzystwie jak i w samotności.

Smacznego!

komentuj 1 komentarz

Protest

Taki fajny protest był ostatnio! Tacy wszyscy byliśmy zjednoczeni! Popłyńmy na fali tego zjednoczenia i zróbmy porządek z dzwoniącymi przy okienkach telefonami komórkowymi.

Statystycznie co trzeci pacjent przy okienku odbiera telefon i prowadzi rozmowę (dane te zostały powzięte z wyników wnikliwej obserwacji grupy reprezentatywnej, czyli młodzieży w wieku od nastu do stu lat). Czyż nie jest to denerwujące, kiedy z najlepszą wolą z naszej strony próbujemy pomóc pacjentowi rozwikłać jego zdrowotne problemy, kiedy angażujemy się w wysłuchanie często bardzo śmiałych, intymnych, a nie raz wręcz niesmacznych historii. Kiedy będąc kwintesencją skupionej uwagi udzielamy rzetelnej porady i kiedy nagle zaczyna dzwonić telefon… „Halo Władziu, robię zakupy w aptece. Tak, jestem w mieście. Co słychać?…” – tu następuje opis dziejów rodu z ostatniego stulecia, z uwzględnieniem dat ślubów, chrzcin i pogrzebów. Wszystko w telegraficznym piętnastominutowym skrócie. A my stoimy przy tym okienku jak chochoł w polu i czekamy. Tak po prostu odejść się nie da, bo często w komputerze już są ponabijane leki. Inni pacjenci czekają, ale mamy blokadę kolejki. Oczywiście możemy za każdym razem krzyknąć na takiego pacjenta, nie przebierając w słowach, ale to poskutkuje najwyżej wyrobieniem sobie opinii godnej sprzedawców z mięsnego w czasach PRL.

Powszechność zjawiska jest tak wielka, że tylko skomasowany atak zjednoczonych farmaceutów może coś tu zdziałać. Może w każdej aptece, przy każdym okienku umieścić taki sam znaczek z przekreślonym telefonem i w razie potrzeby elegancko wskazywać ręką, gdy ktoś sięgnie po telefon podczas konwersacji z farmaceutą? Jak uświadomić ludziom, że my nie sprzedajemy cukierków tylko leki i że każde odwrócenie naszej uwagi to nie tylko lekka zniewaga – to może okazać się brzemiennym w skutkach błędem!

Aptekarze, łączcie się w proteście przeciwko używaniu telefonów komórkowych w aptekach.

komentuj 0 komentarzy

Groszki i Róże

 

Gdy nadchodzi wiosna, budzą się do życia natura i uczucia skrywane gdzieś głęboko. Wszyscy czujemy się tak samo młodzi i wszyscy chcemy kochać i być kochani.

Rok temu wraz z pierwszymi promieniami wiosennego słońca w „życiu apteki” pojawił się Ogrodnik. Miał za zadanie zagospodarować przylegający do apteki teren. Przed laty trawnik był częścią przepięknego ogrodu, do którego po schodach o giętkiej, kapryśnej, secesyjnej linii wychodziła na spacer przedwojenna właścicielka kamienicy.

Kiedy Młody Ogrodnik wchodził do apteki, miał w zwyczaju nucić „Groszki i róże” Ewy Demarczyk. Zniewalającym uśmiechem i charakterystycznie wypowiadanym „dzień dobry” wywoływał radość na twarzach wszystkich pań. Odpowiadały mu jednym chórem pacjentki i personel.

Pani Krysia jak zwykle wbiegła do apteki zdyszana i cała czerwona. Kiedy miała drugą zmianę, zawsze wchodziła z hukiem, bo każde wolne przedpołudnie wykorzystywała na załatwianie „pilnych spraw urzędowych”. Pierwszy raz ich spojrzenia skrzyżowały się na progu kuchni, do której pani Krysia zmierzała w celu zaparzenia sobie kawy, dwie minuty przed rozpoczęciem pracy oczywiście. To jakby narzucało dynamizm jej ruchów. Ogrodnik właśnie z kuchni wychodził, dumnie krocząc z kubkiem w dłoni. Ich spotkanie było niczym zderzenie atomów. Aż poleciały iskry, a właściwie to chlapnęły. Dźwięk tłuczonej porcelany poniósł się echem po aptece. Wytrącony z rąk Ogrodnika kubek poszybował łukiem w naczynia schnące na suszarce. Niczym kula armatnia rozgromił zastawę stołową, jednocześnie zdobiąc ściany fikuśnymi motywami w odcieniu kawowym. Przez dłuższą chwilę stali tak, patrząc na siebie w milczeniu. Dzieliło ich 25 lat i pół metra wzrostu. Pani Krysia spłonęła rumieńcem, kiedy Ogrodnik otarł jej kawę z policzka. Uśmiechnął się do niej, ukazując białe zęby. Ona zdołała wyszeptać „Przepraszam”.

Staliby tak jeszcze długo, patrząc sobie w oczy, gdyby nie to, że nagle w kuchni zrobiło się niebywale tłoczno. Zbiegli się wszyscy, żeby zobaczyć, co się stało, i ocenić straty. Tego dnia w aptece już nikt nie napił się kawy ani herbaty. Potłukły się wszystkie kubki.
Z dnia na dzień ogród piękniał. Z dnia na dzień także rozkwitało uczucie, które pojawiło się w serduszku pani Krysi. W przeciwieństwie jednak do zmian w ogrodzie było ledwo zauważalne dla osób niewtajemniczonych. Ukradkowe spojrzenia, tajemnicze uśmiechy i przerywane rozmowy gdy ktoś nadchodził, tylko podsycały atmosferę romansu.

Pani Krysia od lat była sama. Całym jej światem była praca, która nadawała sens jej życiu i wypełniała pustkę w sercu. Codzienny kontakt z ludźmi przy okienku powodował, że zapominała o tym, że jest „pięćdziesięcioletnią singielką” Już dawno przestała marzyć o wielkiej miłości. W pewnym momencie swojego życia spakowała marzenia do starego pudełka po butach i ukryła głęboko w szafie. Los lubi czasem sobie z nas zażartować. W wypadku Pani Magister taką formą psikusa okazało się pojawienie się na jej drodze Młodego Ogrodnika.

Pani Krysia zmieniała się z dnia na dzień. Nowa fryzura, uśmiech na twarzy – wszystko to powodowało, że odmłodniała. Odnalazła w sobie Krysię, która kiedyś przejechała autostopem całą Polskę, Krysię, która potrafiła szusować poza wyznaczonymi trasami narciarskimi bez obawy o własne zdrowie i życie. Krysię, która była pewną siebie, odważną, niezależną i silną kobietą. Kto mógł przypuszczać, że to właśnie pani Krysia, a nie któraś z młodszych farmaceutek, zostanie obiektem westchnień przystojnego mężczyzny? Pani Krysia także nie mogła się nadziwić tej sytuacji. Wielokrotnie próbowała doszukać się drugiego dna, ale Ogrodnik niczego od niej nie oczekiwał, po prostu cieszyli się wspólnie spędzanym czasem.

W ogrodzie zakwitły posiane groszki, a róże już czekały. Nadeszło lato. Ogrodnik pojawiał się w aptece już coraz rzadziej. Do pani Krysi powoli docierała myśl, że wszystko, co się kiedyś zaczyna, musi się kiedyś skończyć. Od samego początku pani Krysia była realistką, zdającą sobie sprawę z różnicy wieku, jaka ich dzieli, nigdy nie robiła żadnych planów, po prostu cieszyła się chwilą. Pod koniec września dzieło ogrodowe zostało ukończone; rozkwitały jesienne róże, a murawa trawnika była idealna. Nadszedł czas pożegnania z Ogrodnikiem. Tak jak wtedy, za pierwszym razem, kiedy się spotkali, stali w kuchni, patrząc sobie głęboko w oczy. Oboje się uśmiechali. W oku pani Krysi zakręciła się łza, jednak szybko ją otarła, tak żeby nikt nie zauważył, szczególnie że właśnie przyszła ekipa malarzy, aby usunąć ze ścian kuchni fikuśne motywy w kolorze kawowym.

komentuj 0 komentarzy

Serce Babci bije inaczej

„Pani magister, Madzia dostała się na medycynę! Będzie lekarzem! Jak jej tata! Postanowiliśmy z synem, że wnusia na czas studiów zamieszka ze mną. W końcu przecież moje mieszkanie jest położone raptem parę kroków od uczelni. Pani magister, ja się tak bardzo cieszę” – opowiadała pani Teresa. Promieniała ze szczęścia. Był upalny lipiec, początek wakacji, doskonały czas, aby odpcząć. Pani Teresa jednak nie miała w planach wypoczynku. Postanowiła wyremontować mieszkanie. Wszystko układało się pomyślnie. Jedynym wyjątkiem stało się zdrowie babci. Wakacyjna pogoda i wysiłek związany z remontem nadwyrężyły kochające serce.

Nastała jesień i rozpoczął się rok akademicki. Madzia wprowadziła się do babci. Kartony z książkami i torby pełne ubrań wnoszone były do wyremontowanego mieszkania. Pani Teresa była zachwycona. Do domu na nowo wkroczyło życie. Od czasu kiedy dzieci pani Teresy pozakładały własne rodziny w innych miastach, seniorka rodu mieszkała całkiem sama. Radziła sobie doskonale, ale brakowało jej obecności drugiej osoby na co dzień. Pojawienie się wnuczki w jej życiu było jak prezent od losu.

Radość z obecności wnuczki nie trwała długo. Wraz z pojawieniem się młodej osoby przybyły także hałas i znajomi przeczekujący przerwy między zajęciami w mieszkaniu pani Teresy. Z dnia na dzień starsza pani stała się zbędnym elementem wyposażenia domu. Jej serce cierpiało. Potrzebowała ciszy i spokoju, a była narażona na stres i upokorzenie w miejscu, które było jej azylem. Z tygodnia na tydzień konflikt narastał. Sytuację komplikował fakt, że pani Teresa obiecała synowi, że zaopiekuje się wnuczką, a nie umiała sobie poradzić z jej zachowaniem. Najprawdopodobniej rodzice nie znali dziewczyny od złej strony, a pani Teresa nie umiała im tego powiedzieć.

Nastała zima. Ochłodzenie na dworze nie wpłynęło wcale na obniżenie temperatury emocji w domu pani Teresy. Wnusia wbrew zakazom babci użyła służącego tylko i wyłącznie do ozdoby kominka, przygotowując romantyczną kolację dla swojej sympatii. Pani Teresa pokryła koszty nieuzasadnionego wezwania straży pożarnej, zaalarmowanej przez sąsiadów, którzy nie mieli pojęcia o istnieniu kominka w mieszkaniu starszej pani, a zaniepokojeni wydobywającym się dymem, zaalarmowali odpowiednie służby.

Pani Teresa czuła się coraz gorzej. Odwiedzajac aptekę, tylko wzdychała bezradnie, kiedy pytałam o wnuczkę. Któregoś dnia wspmniała, że czuje dziwny posmak w ustach i ma już od jakiegoś czasu problemy żołądkowo-jelitowe. Początkowo winą za ten stan obarczała stres, ale nie ma badań, że nerwy objawiają się dziwnym smakiem w ustach. Poprosiła mnie o sprawdzenie, czy przypadkiem któryś ze stosowanych przez nią leków nie daje takich objawów ubocznych. Wiedziałam, że pacjentka przyjmuje już od dawna te same preparaty, sprawdziłam, czy w ciągu tego czasu któryś z producentów nie wprowadził zmian i wzięłam pod uwagę także możliwość interakcji.

Był środek zimy. Zbliżał się Dzień Babci i sesja na uczelniach. Pani Teresa była tak słaba, że wychodziła z łóżka tylko za potrzebą. Na szczęście Madzia też spędzała dużo czasu w domu. Tego dnia starsza pani odkryła przyczynę swojego złego samopoczucia. Idąc boso przez korytarz, zajrzała do kuchni. Zobaczyła tam wnuczkę, która nalewała płyn do mycia naczyń do garnka z zupą, którą pani Teresa miała zjeść. To, co ujrzała, było tak nieprawdopodobne, że pewnie nie uwierzyłaby, gdyby nie to, co jeszcze usłyszała. Wnuczka rozmawiała ze swoją sympatią i informowała chłopaka o postępach „w procesie uzyskania dostępu do całego mieszkania”. Pani Teresa wróciła spokojnie do swojego pokoju i zadzwoniła po sąsiadkę. Kiedy Madzia wyszła z domu, starsze panie przejrzały zawartość lodówki i wszystkich pojemników z żywnością, które były w domu. Pieniło się praktycznie wszystko. Pani Teresa zemdlała.

Lekarze mieli obowiązek złożenia zawiadomienia do odpowiednich służb, ale kochająca babcia ubłagała ich, żeby jednak tego nie robili. Kazała wyprowadzić się wnuczce w trybie natychmiastowym, nie zwracając uwagi na to, że był to akurat Dzień Babci i zbliżała się sesja egzaminacyjna. Nie umiała też powiedzieć synowi o całej sprawie, choć miał do niej pretensje o wyrzucenie wnuczki z mieszkania w najgorętszym okresie roku akademickiego. „Pani magister, nie umiałam mu powiedzieć, przecież i tak by mi nie uwierzył, przecież Madzia będzie lekarzem…”.

komentuj 0 komentarzy

Dzień Wigilijny

Czy dyżur w aptece w Dzień Wigilijny różni się czymś od pracy w inne dni w roku?
Zazwyczaj w ten szczególny dzień jesteśmy myślami już zupełnie w innym wymiarze i tylko odliczamy minuty do końca zmiany. Jedną ręką wydajemy leki, a drugą w myślach wyciągamy w kierunku opłatka. Można tego dnia dostrzec bezkresny ocean samotności, który rozlewa się wśród starszych ludzi, o których rodziny zapomniały. W pamięci powracają Ci, którzy do wigilijnej wieczerzy już nie usiądą, a których twarzy nie jesteśmy w stanie zapomnieć.  Świat zamiera w ciszy zbliżając się ku wieczorowi.

Tego dnia także zdarzają się cuda: te mniejsze, a czasami i większe. Najważniejsze, żeby tego cudu nie przeoczyć i docenić te, które cały czas trwają, dostrzec cuda najmniejsze, nawet takie, które z pozoru na cuda nie wyglądają.

Tuż po otwarciu apteki wbiegła pani z plikiem weterynaryjnych recept. Drżącą ręką podała je i opowiedziała co się stało. Jak co roku udekorowała świątecznie mieszkanie: postawiła choinkę, porozwieszała stroiki. Dodatkowo kupiła Gwiazdę Betlejemską, roślinkę doniczkową, która od pewnego czasu stała się tak samo ważnym symbolem świąt jak drzewko. Niestety nie była świadoma, że roślinka jest bardzo trująca. Niczego nie podejrzewając dopuściła do tego, że jej ukochany pies najadł się kolorowych listków. Efektem tego było ostre zatrucie. Kiedy tylko zorientowała się co się stało, od razu pobiegła do weterynarza.  Pieska poddano leczeniu objawowemu w klinice i odesłano do domu z nadzieją, że może coś uda się zrobić. Przez cały wigilijny dzień temat zatrutego zwierzaka powracał. Pani jeszcze kilkakrotnie przychodziła po leki, zestawy do kroplówek i inne pomoce.
- Nie udało się – powiedziała, kiedy przyszła ostatni raz. Zapłakana, ze zwieszoną głową i dość mocno zmęczona całym dniem. Walczyła bardzo dzielnie, chociaż sytuacja nie dawała zbyt wielkich szans na powodzenie od początku.

Robiło się coraz później i nadchodził czas, kiedy należało już iść w stronę domu. Jeszcze tylko sprzątnę aptekę i …
W kącie, obok podjazdu dla osób niepełnosprawnych siedział królik, taki ze zwieszonymi uszkami, baranek. Małe stworzonko, przestraszone i takie nieporadne. A na dodatek trafiło jakby nie w te święta co trzeba! Pomyślałam, że w Wigilię to zawsze coś się dzieje niezwykłego: pacjenci gubią portfele, kłócą się z najbliższymi, podejmują ważne życiowe decyzje, ale królik tuż przed zamknięciem apteki to już przesada!

Nie mogłam go zabrać do domu, ponieważ moje psy i kot nie tolerują gryzoni. Nie mogłam go także zostawić w aptece, bo to nie jest miejsce, gdzie można trzymać zwierzaki. Kiedy sprawdzałam recepty, a królik co jakiś czas zerkał na mnie, przyszła mi do głowy pani, która tak bardzo dzisiaj walczyła o innego zwierzaka. Takiego, którego bardzo kochała. Zadzwoniłam do niej i umówiłam się, że coś jej przyniosę wracając z pracy.
Otworzyła mi cała zapłakana. Kiedy zobaczyła, co trzymam w rękach, jakby lekko się ożywiła. Podałam jej króliczka. Przytuliła go. Zanurzyła twarz w rudym futerku. Potem się rozpłakała. Szybciutko opowiedziałam jej całą historię, a ona powiedziała coś co mi utkwiło w pamięci: „To taki malutki cud, dobrze, że go pani w porę dostrzegła, powstanie z tego wiele dobrego.”

Z okazji Świąt Bożego Narodzenia życzę wszystkim czytelnikom, aby dostrzegali i doceniali cuda, nawet te najmniejsze, bo może z nich powstać jeszcze więcej dobrego niż potrafią sobie nawet wyobrazić.

komentuj 0 komentarzy

Sobotni ranek

Sobotni ranek przyniósł piękną słoneczną pogodę. W aptece było cicho, a czas płynął leniwie. Kiedy nagle drzwi się otworzyły i weszła Pani. Podeszłam do okienka i spytałam: jak mogę jej pomóc?. W odpowiedzi usłyszałam popularną pieśń kościelną. Pani stała wyprostowana i z przejęciem śpiewała kolejne zwrotki zawierające pochwały Matki Boskiej. Kiedy skończyła śpiewać spytała mnie : „Ładny mam głos?”. Nieco oszołomiona odpowiedziałam twierdząco. Wtedy pani bez słowa pożegnania wyszła.

komentuj 0 komentarzy

Dlaczego przydatna jest znajomość języków obcych?

Czasami jedyną skuteczną metodą porozumiewania się z pacjentem jest metoda zwana potocznie „na migi”. Jak w tańcu wykonujemy pewne ustalone figury przy pomocy rąk, oznaczające odpowiednio pytanie lub odpowiedź. Dzisiaj przyszło mi użyć tego uniwersalnego języka wyczerpawszy uprzednio wszystkie inne możliwości werbalne.

Okazało się, że pacjent nie używa języków zachodnich, ja natomiast jestem z pokolenia tych, którym języki wschodnie są już obce. Młody, przystojny i bardzo elegancko ubrany pan o typie urody dalekowschodniej, patrzył na mnie błagalnym wzrokiem i usiłował poprosić o coś na ból gardła. Tak  przynajmniej wynikało z gestów, jak również z wyrazu ulgi, który pojawił się w jego ciemnych oczach, kiedy zaproponowałam mu  popularne na całym swiecie pastylki. Wtedy on zachęcony sukcesem postanowił poprosić o coś jeszcze, czego nazwę miał zapisaną w telefonie komórkowym. Sprawnie przesuwał kolejne odsłony w tablecie aż w końcu odnalazł to, czego szukał. Odwrócił ekran w moją stronę i pokazał mi, co było na nim napisane. A było napisane ni mniej ni więcej tylko : SZPIEG. Popatrzyłam na niego i nieco zmieszana odpowiedziałam, że takiego lekarstwa nie mam. Pan zapłacił i uśmiechnął się na pożegnanie, a ja zostałam z pytaniem: czy to był James?

komentuj 0 komentarzy

Do wesela się zagoi


Poproszę coś od bólu zęba – powiedziała drobna blondynka o niebieskich zapłakanych oczach. W rękach trzymała małego pluszowego misia i nerwowo wbijała mu palec w oko. Podałam jej najsilniejszy specyfik działający przeciwbólowo i przeciwzapalnie dostępny bez recepty. Poprosiła jeszcze o szklankę wody do popicia.
To była Wigilia. Za oknem biało i mroźno. Już tylko nieliczni pacjenci odwiedzali aptekę, głównie po to, żeby złożyć życzenia. Jak bardzo ta dziewczyna odbiegała od atmosfery świąt. Czy ból zęba mógł odebrać jej aż tak bardzo chęć do życia? Bo to, że uszła z niej całkiem, było widać już na pierwszy rzut oka.

Podałam jej kubeczek z wodą. Podziękowała i usiadła przy stoliku. Powolutku wyłuskiwała tabletkę z blistra. Nigdzie się nie spieszyła. A przecież w Wigilię wszyscy dokądś pędzą, dzień umyka, nawet nie wiadomo, kiedy i gdzie. Przecież zawsze jest jeszcze tyle do zrobienia. Widząc jej smutną minę, doradziłam jej, że powinna jak najszybciej odwiedzić stomatologa. Podniosła głowę i spokojnym głosem powiedziała, że bardziej niż ból zęba dokucza jej ból złamanego serca. – Czy ma pani na to jakieś lekarstwo? – zapytała. Nic jej nie odpowiedziałam, bo na złamane serce, jak i na podłość ludzką i zakręty losu nie ma jeszcze lekarstwa. Trzeba to po prostu odchorować i tyle.

Powoli zaczęła opowiadać swoja historię: Poznaliśmy się jeszcze w liceum. On jest starszy ode mnie o rok. Chodziliśmy ze sobą przez dziewięć lat. Dziewięć najcudowniejszych lat. Przeszliśmy razem całe Sudety, znam tam każdą łąkę i każde drzewo. Jak zdawałam maturę, to on udekorował wejście do mojego bloku kwiatami bzu. Wyrwał chyba cały krzew. Pachniało tak zniewalająco, że aż się wszystkim kręciło w głowie. Kiedy pierwszy raz powiedział mi, że mnie kocha, miał łzy w oczach, a kiedy pierwszy raz mnie pocałował, to zemdlał. Zawsze używał chusteczek higienicznych o zapachu lawendy i uwielbiał tic-taki. Przynosił mi największe róże, jakie kiedykolwiek widziałam. On ma zielone oczy po swojej mamie i nasze dzieci też miały mieć oczy zielone, chociaż ja mam niebieskie. W marcu planowaliśmy ślub. Ja już nawet mam sukienkę i zaproszenia już wybrane. Widzi pani, jaki piękny pierścionek zaręczynowy mi kupił. W środku jest napisane, ile karatów mają brylanty i ten wielki szafir. W pierwszy dzień świąt miał się odbyć taki uroczysty obiad z naszymi rodzicami. Mieliśmy wszystko ustalić dokładnie, omówić szczegóły.

On dzisiaj do mnie przyszedł i dał mi na gwiazdkę tego misia i powiedział, że ślubu nie będzie. Że nie chce ze mną być i że nie lubi mojej mamy. Tak po prostu po tylu wspólnych latach i to w Wigilię. Do tego wszystkiego jeszcze ten okropny miś… Już od wczoraj bolał mnie ząb, ale odwlekałam decyzję o pójściu do dentysty, myśląc, że mi przejdzie. No i nie przeszło, za to przeszło mi przed oczami całe ostatnie dziewięć lat mojego życia. Nie wiem, co mam teraz zrobić. Nie chce mi się wracać do domu, chociaż pewnie już wszyscy tam na mnie czekają. Wigilia to też taki dzień, że nie wypada bez zapowiedzi odwiedzać przyjaciół. Zresztą gdziekolwiek bym się nie pojawiła, będą pytać o niego i przygotowania do ślubu. I co ja im wszystkim odpowiem? Nawet ból po wyrwaniu wszystkich zębów naraz nie jest porównywalny z tym, co ja teraz czuję.

Siedziała taka zbolała na krześle, wciąż męcząc pluszowego misia. Na przemian dusiła go i próbowała wydłubać mu oko. W końcu po podłodze potoczył się bursztynowy koralik. Miś oślepł. W miejscu, w którym przedtem było oczko, wystawało białe wypełnienie i strzępki nitek. – Au – krzyknęła – jeszcze złamałam paznokieć! – siedziała skulona i pochlipywała. Raz spoglądała na misia bez oka, a raz na złamany paznokieć. Co jakiś czas przykładała dłoń do policzka, kiedy bolący ząb przypominał o sobie. Wtedy weszli pacjenci. Nagle zrobiła się kolejka i nieodłączne lekkie zamieszanie. Wśród pacjentów stała pani Helena, mama dziewięciorga dorosłych „dzieciów”, jak miała w zwyczaju nazywać swoje pociechy. Ale pociechy z nich, niestety, nie miała, bo każde żyło własnym życiem z dala od matki. Tę Wigilię, jak wiele poprzednich, pani Helena też miała spędzić sama. Wstąpiła do apteki złożyć życzenia. Popatrzyła na zapłakaną dziewczynę z jednookim misiem i ze złamanym paznokciem i rzekła: Nie płacz piękna, do wesela się zagoi. Dziewczyna z płaczem wybiegła z apteki.

komentuj 0 komentarzy