Blog Z Apteki pod Liściem Szerokim

RSS

Dzień

 

- Dzień dobry, i co zrobić z resztą tak pięknie rozpoczętego dnia!
W ten sposób wita mnie wieczorową porą sąsiad, kiedy widzi jak zamykam aptekę. Zastanawia mnie, czy to pytanie to tylko żart z jego strony, czy może ma zdolność czytania w myślach? Czy pyta mnie dlatego, że widzi z jakim bagażem wychodzę z pracy?

Każdy dzień w naszej pracy jest niepowtarzalny. Niby praca taka zwyczajna, bo co niezwykłego może być w sporządzaniu i wydawaniu leków w kolorowych pudełeczkach? Czy ktoś nas uprzedza o tym, jak naprawdę wygląda praca farmaceuty? Czy ludzie zdaja sobie sprawę z tego, jak wiele w nas zmienia kontakt z ich życiem i problemami?

Za każdym razem, kiedy pan Sąsiad tak miło, a przewrotnie mnie zaczepia, mogę mu odpowiedzieć inaczej. Każdy dzień jest inny, przynosi całkiem odmienne emocje. Chciałabym mu opowiedzieć o ludziach, którzy są tacy wspaniali, a czasami nie mają za grosz wyobraźni i wyczucia sytuacji. Chciałabym mu opowiedzieć o Mamie, która od trzydziestu lat bez słowa skargi opiekuje się chorym dzieckiem, a czasami o zniecierpliwionym młodym rodzicu, który się wścieka, bo nie może się wyspać, bo mu „maluch ryczy” po nocach (a czego się spodziewał, przecież dzieci nie są bezszmerowe). Mogę mu zaproponować inwestycję w stopery do uszu i modlitwę dziękczynną , że ma zdrowe dziecko, ale się nie odzywam.

Tak naprawdę wiem, co zrobię z resztą tak pięknie rozpoczętego dnia. Kiedy już wrócę do domu, usiądę wieczorem do komputera i napiszę kolejne opowiadanie albo wpis na bloga. Dla podniesienia na duchu przygotuje jeszcze wcześniej coś bardzo smacznego na kolację. Oto przepis:

Składniki w ilości dla 2-3 osób( kobieta i mężczyzna lub trzy kobiety)
Makaron rurki lub wstążki
Serek mascarpone
Szynka surowa (Serrano, Parmeńska) lub boczek wędzony w bardzo cienkich plastrach
Pęczek koperku
Oliwki zielone lub czarne

Przygotowanie:
Na początku gotujemy makaron. Następnie szynkę i oliwki kroimy na bardzo drobne kawałki i podsmażamy na niewielkiej ilości oleju (w odpowiedniej kolejności: najpierw szynka, potem oliwki). Dodajemy do szynki i oliwek opakowanie serka mascarpone. Całość mieszamy. Patelnię trzymamy na niewielkim ogniu aż uzyskamy jednolity sos. Na koniec dodajemy drobno posiekany koperek w ilości połowy pęczka. Podrzegwamy mieszając. Pozostałą ilość koperku wykorzystamy do posypania dania tuż przed podaniem. Kiedy potrawa nabierze niepowtarzalnego koloru i aromatu, dodajemy makaron do sosu i mieszamy. Wykładamy na talerz, chociaż zniewalający zapach kusi do zjedzenia prosto z patelni. Potrawa jest wysokokaloryczna i o ogromnym potencjale poprawiania nastroju. Smakuje tak samo dobrze w towarzystwie jak i w samotności.

Smacznego!

komentuj 1 komentarz

Żmija

-Poproszę …. (i tu padła nazwa silnie działającego leku na nadciśnienie),
-Poproszę receptę – odrzekłam,
-Nie mam, poproszę bez recepty,
-Nie wydam panu tego leku bez recepty – odpowiedziałam,
-Dlaczego? Ja już od dawna kupuje go bez recepty w innych aptekach.
-To proszę iść tam, gdzie pan wcześniej kupował bez recepty. Ja panu tego leku nie wydam.
-Dlaczego robi mi pani problemy?
-Dlaczego pan robi sobie i mnie problemy? – spytałam.
-No wie pani! – odpowiedział z oburzeniem w głosie – Mogłem się domyślić, że jak ma pani w klapie fartucha znaczek ze żmiją, to nic u pani nie załatwię…

komentuj 1 komentarz

Protest

Taki fajny protest był ostatnio! Tacy wszyscy byliśmy zjednoczeni! Popłyńmy na fali tego zjednoczenia i zróbmy porządek z dzwoniącymi przy okienkach telefonami komórkowymi.

Statystycznie co trzeci pacjent przy okienku odbiera telefon i prowadzi rozmowę (dane te zostały powzięte z wyników wnikliwej obserwacji grupy reprezentatywnej, czyli młodzieży w wieku od nastu do stu lat). Czyż nie jest to denerwujące, kiedy z najlepszą wolą z naszej strony próbujemy pomóc pacjentowi rozwikłać jego zdrowotne problemy, kiedy angażujemy się w wysłuchanie często bardzo śmiałych, intymnych, a nie raz wręcz niesmacznych historii. Kiedy będąc kwintesencją skupionej uwagi udzielamy rzetelnej porady i kiedy nagle zaczyna dzwonić telefon… „Halo Władziu, robię zakupy w aptece. Tak, jestem w mieście. Co słychać?…” – tu następuje opis dziejów rodu z ostatniego stulecia, z uwzględnieniem dat ślubów, chrzcin i pogrzebów. Wszystko w telegraficznym piętnastominutowym skrócie. A my stoimy przy tym okienku jak chochoł w polu i czekamy. Tak po prostu odejść się nie da, bo często w komputerze już są ponabijane leki. Inni pacjenci czekają, ale mamy blokadę kolejki. Oczywiście możemy za każdym razem krzyknąć na takiego pacjenta, nie przebierając w słowach, ale to poskutkuje najwyżej wyrobieniem sobie opinii godnej sprzedawców z mięsnego w czasach PRL.

Powszechność zjawiska jest tak wielka, że tylko skomasowany atak zjednoczonych farmaceutów może coś tu zdziałać. Może w każdej aptece, przy każdym okienku umieścić taki sam znaczek z przekreślonym telefonem i w razie potrzeby elegancko wskazywać ręką, gdy ktoś sięgnie po telefon podczas konwersacji z farmaceutą? Jak uświadomić ludziom, że my nie sprzedajemy cukierków tylko leki i że każde odwrócenie naszej uwagi to nie tylko lekka zniewaga – to może okazać się brzemiennym w skutkach błędem!

Aptekarze, łączcie się w proteście przeciwko używaniu telefonów komórkowych w aptekach.

komentuj 0 komentarzy

Zdarzyło się

Zdarzyło się dzisiaj coś niezwykłego. W bardzo krótkim czasie pacjent, lekarz i aptekarz odczuli te same emocje: wstyd i zażenowanie. Historia rozpoczęła się absolutnie banalnie: przychodzi pacjent do apteki i podaje receptę. Nie dzieje się w tym momencie absolutnie nic niezwykłego.

A gdyby zacząć tak: przychodzi do apteki, prowadzony przez córkę dziewięćdziesięcioletni pacjent w trakcie leczenia onkologicznego. Córka pomaga mu zająć w miarę wygodne miejsce na krzesełku w aptece, a sama podaje recepty. Farmaceutka kolejno przynosi przepisane na drukach leki. Przystępuje do realizacji recept. Kolejno wpisuje: PESEL, REGON, nr lekarza, wstukuje na klawiaturze litery składające się na nazwę leku, wybiera rodzaj odpłatności wskazany przez lekarza. Pierwsza recepta zostaje zrealizowana. Teraz druga: PESEL, REGON… Kolejna recepta zrealizowana. Czas na ostatnią: PESEL, REGON…  nr lekarza nieczytelny! Akurat się nie odbił. A rano przyszło pismo z Izby Aptekarskiej, aby nie realizować dla własnego bezpieczeństwa recept z błędami w postaci między innymi nieczytelnych pieczątek.

Zrobiło się tak jakby kwaśno i mało komfortowo. Pacjent zamiejscowy, lek niezbędny, a pełno płatnie bardzo, bardzo drogi.

Rozpoczął się dialog między Starszym Panem a Córką: – Nie bierzmy tego i jedźmy już do domu, jestem zmęczony.- mówił Starszy Pan,  – Tato, musisz mieć leki przeciwbólowe, bez tego nie możemy wrócić. – mówiła Córka.

Była to jedna z trzech recept wystawionych tego dnia, przez tego samego lekarza, dla tego samego pacjenta. Były realizowane kolejno w tej samej aptece. Pozostałe dwie miały prawidłowo odbite pieczątki, z których bez problemu odczytałam nr lekarza. To wszystko jest przecież takie proste i oczywiste!

Przede mną siedzi pacjent, który marzy tylko o tym, żeby wrócić do domu, a ja mam kłopot, ponieważ wiem, że w trakcie kontroli nikt nie posłucha historii o starszym schorowanym Panu, jego Córce, ich codziennym zmaganiu się z ciężką chorobą. Kontroli podlegają druki recept – zimne, szeleszczące papierki z literkami i cyferkami i człowiekiem zamkniętym w numerze PESEL.

Gdyby chociaż raz osoba tworząca te wszystkie przepisy i udogodnienia stanęła na miejscu farmaceuty z dylematem: wydać czy nie wydać? Zaryzykować i zapłacić ewentualnie samemu czy… Gdyby chociaż raz Urzędnik Państwowy popatrzył w oczy rodziców dziecka wypisywanego z Oddziału Chirurgii Onkologicznej, chcących zrealizować nie do końca poprawnie wystawioną receptę pisaną ręką chirurga, z jego najlepszą wiedzą i wolą. Gdyby chociaż raz!

Nie da się zapomnieć wyrazu twarzy takiego rodzica, który z obłędem w oczach zabiera dziecko ze szpitala wraz z wypisem, na który czekał pół dnia i dostaje receptę, do której w  wyniku pośpiechu lekarza wkradł się niewielki, ale za to istotny od strony formalnej błąd. Ciężko jest nawet opisać same uczucia towarzyszące takiej sytuacji, a jest to przecież nasza codzienność. Powiedzenie „przepraszam” w takiej sytuacji nic nie daje, bo serce rodzica śmiertelnie chorego dziecka jest niewrażliwe już na żadne „przepraszam”. Wydać pełno płatnie dla naszej wygody? To rozwiązanie najprostsze, a jednocześnie najpodlejsze. Pozostaje jeszcze zaryzykować i spróbować poprawić receptę u lekarza, który ją wystawiał, co często graniczy z cudem.

Starszy Pan wraz z Córką pojechali do domu z kompletem zapisanych leków, zapłacili za nie tak, jakby recepty były wystawione bezbłędnie. I znowu to okropne „przepraszam”, tym razem z ust schorowanego dziewięćdziesięciolatka – człowieka, który czuje się winny. Właściwie winny czego? Przecież nie ma tam grama Jego winy, a mimo wszystko niewyraźnie odbita pieczątka paradoksalnie  „odbiła się” na Jego nastroju. Czy to koniec koszmaru?

Etap ostatni. Wizyta u lekarza. Krok pierwszy: pokonać kolejkę chorych, zniecierpliwionych ludzi, którzy czasami po kilka godzin czekają na swoje „pięć minut”. Krok drugi: przekonać lekarza do poprawienia recepty, w sposób elegancki i pozbawiony złych emocji.

Uzbrojona w wolę walki, w imię słusznej sprawy, zaatakowałam. Pewnym krokiem minęłam kolejkę oczekujących, starając się nikomu nie patrzeć w oczy i dotarłam do gabinetu. Stanęłam w progu przedstawiając się i wyjaśniając w telegraficznym skrócie, co mnie sprowadza. To, co się chwilę później wydarzyło, pozbawiło mnie resztek energii niezbędnej do prawidłowego funkcjonowania w grupie homo sapiens.

Lekarz, profesor, człowiek dwukrotnie starszy ode mnie zaczął mnie przepraszać za błąd, który popełnił. Na jego twarzy malowało się autentyczne poczucie wstydu i zażenowania. Człowiek, który z oddaniem walczy o ludzkie życie, przeoczył taki mały, w obliczu tego, co robi  na co dzień, szczegół! Tego było zbyt wiele. Brak tuszu w jednym miejscu na blankiecie zepsuł humor tylu osobom! Pal sześć czas, który został zmarnowany na poprawianie, rozważania i dyskusję o „błędzie w postaci niewyraźnie odbitej pieczątki”. Ale ile emocji temu towarzyszyło ze strony pacjenta, lekarza i farmaceuty…

 

 

 

komentuj 2 komentarzy

Groszki i Róże

 

Gdy nadchodzi wiosna, budzą się do życia natura i uczucia skrywane gdzieś głęboko. Wszyscy czujemy się tak samo młodzi i wszyscy chcemy kochać i być kochani.

Rok temu wraz z pierwszymi promieniami wiosennego słońca w „życiu apteki” pojawił się Ogrodnik. Miał za zadanie zagospodarować przylegający do apteki teren. Przed laty trawnik był częścią przepięknego ogrodu, do którego po schodach o giętkiej, kapryśnej, secesyjnej linii wychodziła na spacer przedwojenna właścicielka kamienicy.

Kiedy Młody Ogrodnik wchodził do apteki, miał w zwyczaju nucić „Groszki i róże” Ewy Demarczyk. Zniewalającym uśmiechem i charakterystycznie wypowiadanym „dzień dobry” wywoływał radość na twarzach wszystkich pań. Odpowiadały mu jednym chórem pacjentki i personel.

Pani Krysia jak zwykle wbiegła do apteki zdyszana i cała czerwona. Kiedy miała drugą zmianę, zawsze wchodziła z hukiem, bo każde wolne przedpołudnie wykorzystywała na załatwianie „pilnych spraw urzędowych”. Pierwszy raz ich spojrzenia skrzyżowały się na progu kuchni, do której pani Krysia zmierzała w celu zaparzenia sobie kawy, dwie minuty przed rozpoczęciem pracy oczywiście. To jakby narzucało dynamizm jej ruchów. Ogrodnik właśnie z kuchni wychodził, dumnie krocząc z kubkiem w dłoni. Ich spotkanie było niczym zderzenie atomów. Aż poleciały iskry, a właściwie to chlapnęły. Dźwięk tłuczonej porcelany poniósł się echem po aptece. Wytrącony z rąk Ogrodnika kubek poszybował łukiem w naczynia schnące na suszarce. Niczym kula armatnia rozgromił zastawę stołową, jednocześnie zdobiąc ściany fikuśnymi motywami w odcieniu kawowym. Przez dłuższą chwilę stali tak, patrząc na siebie w milczeniu. Dzieliło ich 25 lat i pół metra wzrostu. Pani Krysia spłonęła rumieńcem, kiedy Ogrodnik otarł jej kawę z policzka. Uśmiechnął się do niej, ukazując białe zęby. Ona zdołała wyszeptać „Przepraszam”.

Staliby tak jeszcze długo, patrząc sobie w oczy, gdyby nie to, że nagle w kuchni zrobiło się niebywale tłoczno. Zbiegli się wszyscy, żeby zobaczyć, co się stało, i ocenić straty. Tego dnia w aptece już nikt nie napił się kawy ani herbaty. Potłukły się wszystkie kubki.
Z dnia na dzień ogród piękniał. Z dnia na dzień także rozkwitało uczucie, które pojawiło się w serduszku pani Krysi. W przeciwieństwie jednak do zmian w ogrodzie było ledwo zauważalne dla osób niewtajemniczonych. Ukradkowe spojrzenia, tajemnicze uśmiechy i przerywane rozmowy gdy ktoś nadchodził, tylko podsycały atmosferę romansu.

Pani Krysia od lat była sama. Całym jej światem była praca, która nadawała sens jej życiu i wypełniała pustkę w sercu. Codzienny kontakt z ludźmi przy okienku powodował, że zapominała o tym, że jest „pięćdziesięcioletnią singielką” Już dawno przestała marzyć o wielkiej miłości. W pewnym momencie swojego życia spakowała marzenia do starego pudełka po butach i ukryła głęboko w szafie. Los lubi czasem sobie z nas zażartować. W wypadku Pani Magister taką formą psikusa okazało się pojawienie się na jej drodze Młodego Ogrodnika.

Pani Krysia zmieniała się z dnia na dzień. Nowa fryzura, uśmiech na twarzy – wszystko to powodowało, że odmłodniała. Odnalazła w sobie Krysię, która kiedyś przejechała autostopem całą Polskę, Krysię, która potrafiła szusować poza wyznaczonymi trasami narciarskimi bez obawy o własne zdrowie i życie. Krysię, która była pewną siebie, odważną, niezależną i silną kobietą. Kto mógł przypuszczać, że to właśnie pani Krysia, a nie któraś z młodszych farmaceutek, zostanie obiektem westchnień przystojnego mężczyzny? Pani Krysia także nie mogła się nadziwić tej sytuacji. Wielokrotnie próbowała doszukać się drugiego dna, ale Ogrodnik niczego od niej nie oczekiwał, po prostu cieszyli się wspólnie spędzanym czasem.

W ogrodzie zakwitły posiane groszki, a róże już czekały. Nadeszło lato. Ogrodnik pojawiał się w aptece już coraz rzadziej. Do pani Krysi powoli docierała myśl, że wszystko, co się kiedyś zaczyna, musi się kiedyś skończyć. Od samego początku pani Krysia była realistką, zdającą sobie sprawę z różnicy wieku, jaka ich dzieli, nigdy nie robiła żadnych planów, po prostu cieszyła się chwilą. Pod koniec września dzieło ogrodowe zostało ukończone; rozkwitały jesienne róże, a murawa trawnika była idealna. Nadszedł czas pożegnania z Ogrodnikiem. Tak jak wtedy, za pierwszym razem, kiedy się spotkali, stali w kuchni, patrząc sobie głęboko w oczy. Oboje się uśmiechali. W oku pani Krysi zakręciła się łza, jednak szybko ją otarła, tak żeby nikt nie zauważył, szczególnie że właśnie przyszła ekipa malarzy, aby usunąć ze ścian kuchni fikuśne motywy w kolorze kawowym.

komentuj 0 komentarzy

To pani!

To pani!- rzekł z wyrzutem.
Młody mężczyzna patrzył mi prosto w oczy. Ja natomiast usilnie próbowałam sobie przypomnieć wszystkie grzechy przeszłości. Wiedziałam na pewno, że się nie znamy. On nadal uparcie i odważnie spoglądał marszcząc przy tym brwi w dość zabawny sposób. Ludzie stojący w kolejce za nim zaczęli uważniej przysłuchiwać się konwersacji. Ja dla rozładowania atmosfery nieśmiało się uśmiechnęłam. Pomogło. Spojrzenie mężczyzny jakby złagodniało. Nadal jednak tak dziwnie patrzył. W końcu przemówił:
Poproszę pięć igieł do zastrzyków domięśniowych, tylko tym razem 0,6 a nie 0,8 jak ostatnio.

Wtedy sobie przypomniałam. Faktycznie pacjent poprosił o igły do zastrzyków domięśniowych, ale nie umiał określić, czy podawany lek będzie roztworem wodnym czy olejowym i tak na wszelki wypadek podałam igły nieco grubsze.

Jak powiadają starsi ludzie: „Każdy dobry uczynek będzie ukarany”, to się doczekałam wdzięczności.
Na koniec pan dodał: ile razy mnie zaboli pośladek po zastrzyku, to myślę o pani. Nie patrzył wtedy już tak groźnie, ale nawet się nie uśmiechnął.

komentuj 1 komentarz

O skutkach wprowadzania reformy

Pani magister co pani robi o tej porze w aptece? Przecież zamykacie o 19 a jest 23!- zapytał mnie sąsiad, którego spotkałam przed lokalem. Faktycznie była 23, a ja przyjechałam do apteki po antybiotyk dla mojej córki.

Wszyscy wiedzą, że małe dzieci chorują, najczęściej w chwilach największej zawieruchy wkoło. Tak było 2 stycznia roku Pańskiego 2012.  Nie czuję potrzeby realizowania recept tylko w aptece, w której pracuję, ale tym razem zmusiła mnie sytuacja. To był ciężki dzień. Chore dziecko to już nadto atrakcji. Wizyta u specjalisty na drugim końcu miasta w jedynym wolnym terminie, czyli na 19. Byłam szczęśliwa wychodząc z gabinetu przed 20 i trzymając w ręce prawidłowo wystawioną receptę. Ponieważ na trasie miedzy gabinetem pediatry a moim domem są trzy apteki czynne co najmniej do 22, nawet mi nie przyszło do głowy żeby jechać do siebie. Kiedy podjechałam pod pierwszą z nich o 20:05 i zobaczyłam na drzwiach informację: „Zamknięte z powodów formalnych.”

Przypomniałam sobie, że faktycznie część z pośród właścicieli aptek nie dopełniła jeszcze formalności związanych z wejściem w życie nowej ustawy. Ruszyłam dalej, przecież mam po drodze jeszcze dwie apteki. Kolejna – zamknięta o 20:15 chociaż powinna być czynna do 21, bez informacji. Została mi już tylko jedna po drodze. Byłam wtedy już całkiem spory kawałek za miastem. Podjeżdżałam do niej z szybciej bijącym sercem niż zwykle. Przyznam szczerze że zaklęłam w duchu kiedy zobaczyłam że i ta ostatnia jest zamknięta. Ręce mi opadły, bo wiedziałam, że zaraz muszę podać antybiotyk mojemu kaszlącemu, choremu dziecku, a Królewna już przysypiała. Wiedziałam, że nie mogę z Nią wrócić do miasta, bo wyjmowanie Jej takiej zaspanej z samochodu i wnoszenie do apteki przyniesie więcej szkody niż pożytku.

Ostatnie kilka tygodni grudnia poświęciłyśmy w pracy na to, żeby wystartować od poniedziałku. Nie było łatwo, bo wymogi formalne odnośnie dokumentów wymagały kilkakrotnego jeżdżenia do oddziału NFZ . Dałyśmy rade. Dlaczego innym się nie udało? Nie chciałam wierzyć w to co przeczytałam tuż przed końcem roku, że nawet 40% aptek w moim rejonie nie jest przygotowanych do pracy w 2012 roku. To niemożliwe, nie aptekarze! A jednak musiałam się przekonać na własnej skórze. Ja miałam możliwość pojechania po leki do siebie do pracy, kiedy położyłam dziecko spać i zostawiłam pod troskliwą opieką. Co z tymi, którzy nie mają takiej możliwości? Ktoś mnie kiedyś spytał dlaczego wożę dziecko do pediatry na drugi koniec miasta. Odpowiedziałam, że ze względu na doświadczenie i odwagę lekarki, która mimo wieku emerytalnego ma najnowocześniejszy gabinet w mieście, nie zasłania się przeszkodami „ formalnymi” z wypisywaniem recept, tylko idzie z postępem, duchem czasu i potrafi się dostosować do realiów. Dla niej najważniejszy jest pacjent. Wielu mogłoby się od niej uczyć.

komentuj 0 komentarzy

Nieodebrany lek

Czy zdarzyło się Wam kiedyś, żeby pacjent nie odebrał leków, mimo że coś było specjalnie dla niego zamówione? Czasami wkładamy tak wiele wysiłku, by odszukać jakiś specyfik, który nie jest jakoś szczególnie popularny. Telefony do kilku hurtowni i mozolne tłumaczenie telemarketerom, o co nam chodzi zajmuje całkiem sporo czasu. Wszystko kończy się dobrze nie w momencie, kiedy już osiągniemy cel naszych poszukiwań, ale w momencie, kiedy pacjent przyjdzie do apteki i go wykupi. W innym wypadku czeka nas kolejny etap z zakresu działań logistycznych, czyli odkręcanie całej procedury zakupowej, zwanej w skrócie… ZWROT.

Siedząc w czwartkowe popołudnie w magazynie suplementów, spostrzegłam pudełko z przyklejoną etykietką, na której widniało imię i nazwisko osoby, dla której zamawiałyśmy dany preparat oraz data, kiedy przyjęto zamówienie. Ponieważ za dwa dni upływał termin ewentualnego oddania do hurtowni, postanowiłam zatelefonować i spytać się, czy pacjent nadal reflektuje na lek, czy zmienił zdanie. Po wybraniu numeru usłyszałam miły męski głos w słuchawce, który zresztą dość szybko skojarzyłam z panem, który do nas czasami przychodził. Po krótkiej rozmowie ustalilismy, że ów specyfik jest nadal potrzebny, ale że pan zgłosi się po niego dopiero pojutrze przed południem, ponieważ ma w planach służbowy wyjazd. Bardzo lubię takie konstruktywne ustalenia, ponieważ to bardzo usprawnia pracę i eliminuje sytuacje stresowe, które powstają na skutek zabałaganienia magazynu preparatami sporadycznie sprzedawanymi, które prędzej czy później i tak trafiają do utylizacji, generując tylko straty.

Pudełeczko opatrzone odpowiednim opisem powędrowało na miejsce, z którego miało już trafić tylko w ręce odbiorcy w sobotę, najpóźniej w godzinach przedpołudniowych.

Weekend był dla mnie czasem wolnym od pracy. Kiedy przyszłam w poniedziałek, pierwszą rzeczą jaka przykuła moją uwagę był kartonik, który powinien był zniknąć z apteki dwa dni temu. Pacjent wyraźnie ze mnie zakpił. Nie jest sprawą elegancką umawiać się z kimś, a potem się wycofywać. Kipiałam ze złości ponieważ przedmiot zamówienia był wyjątkowo „niechodliwym” towarem. Kiedy już ochłonęłam poprosiłam koleżankę, żeby jeszcze raz zatelefonowała pod numer, który pacjent pozostawił do kontaktu. Pomyślałam ze może ona  bogatsza w wieloletnie doświadczenie pracy z pacjentem, lepiej poradzi sobie z tą sytuacją. Sama stanęłam obok chcąc wyrażnie usłyszeć rozmowę i dowiedzieć się, dlaczego ktoś nie uszanował naszej pracy.

Wybrałyśmy numer. W słuchawce odezwał się tym razem kobiecy głos. To jakby nieco zaburzyło przewidywany rozwój konwersacji. Koleżanka przedstawiwszy się i wyjaśniwszy po krótce sytuację, która sprowokowała ten telefon, spytała, czy może rozmawiać z panem który zamawiał specyfik w naszej aptece. Zapadła na chwilę cisza. Pani bardzo spokojnie odpowiedziała, że niestety mąż nie jest w stanie rozmawiać, ponieważ w piątek zginął w wypadku samochodowym. Dostał zawału jadąc autostradą z Berlina i rozbił się na przęśle wiaduktu. Zginął na miejscu. Po tych słowach koleżanka blada jak ściana, zdołała wydusić z siebie tylko przepraszam i wyłączyła telefon.

Zapadła znowu cisza. Tym razem na dłużej.

Cisza w aptece jest czymś nienaturalnym, ponieważ zawsze albo dzwonią telefony, albo słychać szum drukarek. Słychać też głosy ludzi. Życie biegło dalej i może nawet drukarki szumiały. a telefony dzwoniły, ale my tego dnia po prostu tego nie zauważałyśmy. Nagle to małe pudełeczko stanowiące od kilku dni problem wielkości autobusu zmalało tak jakby nie istniało. Nagle stało się zwykłym kartonikiem pośród tysięcy mu podobnych. Byłam skłonna od razy wyrzucić je do kosza. Kiedy na nie patrzyłam czułam tylko i wyłącznie złość. Była to już jednak zupełnie inna złość niż wcześniej. Już nie byłam zła na człowieka, o którym myślałam, że ze mnie zakpił, bo przecież tego pana już nie było! A może byłam zła nie ten nieszczęsny suplement! Co mógł zawinić kartonik, który był tylko martwym przedmiotem? Byłam zła na siebie i na sytuację. Odstawiłam pudełko do magazynu, ponieważ na zwrot do hurtowni było już za późno. Odkleiłam od niego kartkę z imieniem, nazwiskiem i numerem telefonu osoby, dla której został sprowadzony. Włożyłam kartkę do niszczarki i nacisnęłam guzik. Informacje na niej zapisane już nikomu nie będą potrzebne.

komentuj 0 komentarzy

Serce Babci bije inaczej

„Pani magister, Madzia dostała się na medycynę! Będzie lekarzem! Jak jej tata! Postanowiliśmy z synem, że wnusia na czas studiów zamieszka ze mną. W końcu przecież moje mieszkanie jest położone raptem parę kroków od uczelni. Pani magister, ja się tak bardzo cieszę” – opowiadała pani Teresa. Promieniała ze szczęścia. Był upalny lipiec, początek wakacji, doskonały czas, aby odpcząć. Pani Teresa jednak nie miała w planach wypoczynku. Postanowiła wyremontować mieszkanie. Wszystko układało się pomyślnie. Jedynym wyjątkiem stało się zdrowie babci. Wakacyjna pogoda i wysiłek związany z remontem nadwyrężyły kochające serce.

Nastała jesień i rozpoczął się rok akademicki. Madzia wprowadziła się do babci. Kartony z książkami i torby pełne ubrań wnoszone były do wyremontowanego mieszkania. Pani Teresa była zachwycona. Do domu na nowo wkroczyło życie. Od czasu kiedy dzieci pani Teresy pozakładały własne rodziny w innych miastach, seniorka rodu mieszkała całkiem sama. Radziła sobie doskonale, ale brakowało jej obecności drugiej osoby na co dzień. Pojawienie się wnuczki w jej życiu było jak prezent od losu.

Radość z obecności wnuczki nie trwała długo. Wraz z pojawieniem się młodej osoby przybyły także hałas i znajomi przeczekujący przerwy między zajęciami w mieszkaniu pani Teresy. Z dnia na dzień starsza pani stała się zbędnym elementem wyposażenia domu. Jej serce cierpiało. Potrzebowała ciszy i spokoju, a była narażona na stres i upokorzenie w miejscu, które było jej azylem. Z tygodnia na tydzień konflikt narastał. Sytuację komplikował fakt, że pani Teresa obiecała synowi, że zaopiekuje się wnuczką, a nie umiała sobie poradzić z jej zachowaniem. Najprawdopodobniej rodzice nie znali dziewczyny od złej strony, a pani Teresa nie umiała im tego powiedzieć.

Nastała zima. Ochłodzenie na dworze nie wpłynęło wcale na obniżenie temperatury emocji w domu pani Teresy. Wnusia wbrew zakazom babci użyła służącego tylko i wyłącznie do ozdoby kominka, przygotowując romantyczną kolację dla swojej sympatii. Pani Teresa pokryła koszty nieuzasadnionego wezwania straży pożarnej, zaalarmowanej przez sąsiadów, którzy nie mieli pojęcia o istnieniu kominka w mieszkaniu starszej pani, a zaniepokojeni wydobywającym się dymem, zaalarmowali odpowiednie służby.

Pani Teresa czuła się coraz gorzej. Odwiedzajac aptekę, tylko wzdychała bezradnie, kiedy pytałam o wnuczkę. Któregoś dnia wspmniała, że czuje dziwny posmak w ustach i ma już od jakiegoś czasu problemy żołądkowo-jelitowe. Początkowo winą za ten stan obarczała stres, ale nie ma badań, że nerwy objawiają się dziwnym smakiem w ustach. Poprosiła mnie o sprawdzenie, czy przypadkiem któryś ze stosowanych przez nią leków nie daje takich objawów ubocznych. Wiedziałam, że pacjentka przyjmuje już od dawna te same preparaty, sprawdziłam, czy w ciągu tego czasu któryś z producentów nie wprowadził zmian i wzięłam pod uwagę także możliwość interakcji.

Był środek zimy. Zbliżał się Dzień Babci i sesja na uczelniach. Pani Teresa była tak słaba, że wychodziła z łóżka tylko za potrzebą. Na szczęście Madzia też spędzała dużo czasu w domu. Tego dnia starsza pani odkryła przyczynę swojego złego samopoczucia. Idąc boso przez korytarz, zajrzała do kuchni. Zobaczyła tam wnuczkę, która nalewała płyn do mycia naczyń do garnka z zupą, którą pani Teresa miała zjeść. To, co ujrzała, było tak nieprawdopodobne, że pewnie nie uwierzyłaby, gdyby nie to, co jeszcze usłyszała. Wnuczka rozmawiała ze swoją sympatią i informowała chłopaka o postępach „w procesie uzyskania dostępu do całego mieszkania”. Pani Teresa wróciła spokojnie do swojego pokoju i zadzwoniła po sąsiadkę. Kiedy Madzia wyszła z domu, starsze panie przejrzały zawartość lodówki i wszystkich pojemników z żywnością, które były w domu. Pieniło się praktycznie wszystko. Pani Teresa zemdlała.

Lekarze mieli obowiązek złożenia zawiadomienia do odpowiednich służb, ale kochająca babcia ubłagała ich, żeby jednak tego nie robili. Kazała wyprowadzić się wnuczce w trybie natychmiastowym, nie zwracając uwagi na to, że był to akurat Dzień Babci i zbliżała się sesja egzaminacyjna. Nie umiała też powiedzieć synowi o całej sprawie, choć miał do niej pretensje o wyrzucenie wnuczki z mieszkania w najgorętszym okresie roku akademickiego. „Pani magister, nie umiałam mu powiedzieć, przecież i tak by mi nie uwierzył, przecież Madzia będzie lekarzem…”.

komentuj 0 komentarzy

Dzień Wigilijny

Czy dyżur w aptece w Dzień Wigilijny różni się czymś od pracy w inne dni w roku?
Zazwyczaj w ten szczególny dzień jesteśmy myślami już zupełnie w innym wymiarze i tylko odliczamy minuty do końca zmiany. Jedną ręką wydajemy leki, a drugą w myślach wyciągamy w kierunku opłatka. Można tego dnia dostrzec bezkresny ocean samotności, który rozlewa się wśród starszych ludzi, o których rodziny zapomniały. W pamięci powracają Ci, którzy do wigilijnej wieczerzy już nie usiądą, a których twarzy nie jesteśmy w stanie zapomnieć.  Świat zamiera w ciszy zbliżając się ku wieczorowi.

Tego dnia także zdarzają się cuda: te mniejsze, a czasami i większe. Najważniejsze, żeby tego cudu nie przeoczyć i docenić te, które cały czas trwają, dostrzec cuda najmniejsze, nawet takie, które z pozoru na cuda nie wyglądają.

Tuż po otwarciu apteki wbiegła pani z plikiem weterynaryjnych recept. Drżącą ręką podała je i opowiedziała co się stało. Jak co roku udekorowała świątecznie mieszkanie: postawiła choinkę, porozwieszała stroiki. Dodatkowo kupiła Gwiazdę Betlejemską, roślinkę doniczkową, która od pewnego czasu stała się tak samo ważnym symbolem świąt jak drzewko. Niestety nie była świadoma, że roślinka jest bardzo trująca. Niczego nie podejrzewając dopuściła do tego, że jej ukochany pies najadł się kolorowych listków. Efektem tego było ostre zatrucie. Kiedy tylko zorientowała się co się stało, od razu pobiegła do weterynarza.  Pieska poddano leczeniu objawowemu w klinice i odesłano do domu z nadzieją, że może coś uda się zrobić. Przez cały wigilijny dzień temat zatrutego zwierzaka powracał. Pani jeszcze kilkakrotnie przychodziła po leki, zestawy do kroplówek i inne pomoce.
- Nie udało się – powiedziała, kiedy przyszła ostatni raz. Zapłakana, ze zwieszoną głową i dość mocno zmęczona całym dniem. Walczyła bardzo dzielnie, chociaż sytuacja nie dawała zbyt wielkich szans na powodzenie od początku.

Robiło się coraz później i nadchodził czas, kiedy należało już iść w stronę domu. Jeszcze tylko sprzątnę aptekę i …
W kącie, obok podjazdu dla osób niepełnosprawnych siedział królik, taki ze zwieszonymi uszkami, baranek. Małe stworzonko, przestraszone i takie nieporadne. A na dodatek trafiło jakby nie w te święta co trzeba! Pomyślałam, że w Wigilię to zawsze coś się dzieje niezwykłego: pacjenci gubią portfele, kłócą się z najbliższymi, podejmują ważne życiowe decyzje, ale królik tuż przed zamknięciem apteki to już przesada!

Nie mogłam go zabrać do domu, ponieważ moje psy i kot nie tolerują gryzoni. Nie mogłam go także zostawić w aptece, bo to nie jest miejsce, gdzie można trzymać zwierzaki. Kiedy sprawdzałam recepty, a królik co jakiś czas zerkał na mnie, przyszła mi do głowy pani, która tak bardzo dzisiaj walczyła o innego zwierzaka. Takiego, którego bardzo kochała. Zadzwoniłam do niej i umówiłam się, że coś jej przyniosę wracając z pracy.
Otworzyła mi cała zapłakana. Kiedy zobaczyła, co trzymam w rękach, jakby lekko się ożywiła. Podałam jej króliczka. Przytuliła go. Zanurzyła twarz w rudym futerku. Potem się rozpłakała. Szybciutko opowiedziałam jej całą historię, a ona powiedziała coś co mi utkwiło w pamięci: „To taki malutki cud, dobrze, że go pani w porę dostrzegła, powstanie z tego wiele dobrego.”

Z okazji Świąt Bożego Narodzenia życzę wszystkim czytelnikom, aby dostrzegali i doceniali cuda, nawet te najmniejsze, bo może z nich powstać jeszcze więcej dobrego niż potrafią sobie nawet wyobrazić.

komentuj 0 komentarzy