-Poproszę …. (i tu padła nazwa silnie działającego leku na nadciśnienie),
-Poproszę receptę – odrzekłam,
-Nie mam, poproszę bez recepty,
-Nie wydam panu tego leku bez recepty – odpowiedziałam,
-Dlaczego? Ja już od dawna kupuje go bez recepty w innych aptekach.
-To proszę iść tam, gdzie pan wcześniej kupował bez recepty. Ja panu tego leku nie wydam.
-Dlaczego robi mi pani problemy?
-Dlaczego pan robi sobie i mnie problemy? – spytałam.
-No wie pani! – odpowiedział z oburzeniem w głosie – Mogłem się domyślić, że jak ma pani w klapie fartucha znaczek ze żmiją, to nic u pani nie załatwię…
Protest
Taki fajny protest był ostatnio! Tacy wszyscy byliśmy zjednoczeni! Popłyńmy na fali tego zjednoczenia i zróbmy porządek z dzwoniącymi przy okienkach telefonami komórkowymi.
Statystycznie co trzeci pacjent przy okienku odbiera telefon i prowadzi rozmowę (dane te zostały powzięte z wyników wnikliwej obserwacji grupy reprezentatywnej, czyli młodzieży w wieku od nastu do stu lat). Czyż nie jest to denerwujące, kiedy z najlepszą wolą z naszej strony próbujemy pomóc pacjentowi rozwikłać jego zdrowotne problemy, kiedy angażujemy się w wysłuchanie często bardzo śmiałych, intymnych, a nie raz wręcz niesmacznych historii. Kiedy będąc kwintesencją skupionej uwagi udzielamy rzetelnej porady i kiedy nagle zaczyna dzwonić telefon… „Halo Władziu, robię zakupy w aptece. Tak, jestem w mieście. Co słychać?…” – tu następuje opis dziejów rodu z ostatniego stulecia, z uwzględnieniem dat ślubów, chrzcin i pogrzebów. Wszystko w telegraficznym piętnastominutowym skrócie. A my stoimy przy tym okienku jak chochoł w polu i czekamy. Tak po prostu odejść się nie da, bo często w komputerze już są ponabijane leki. Inni pacjenci czekają, ale mamy blokadę kolejki. Oczywiście możemy za każdym razem krzyknąć na takiego pacjenta, nie przebierając w słowach, ale to poskutkuje najwyżej wyrobieniem sobie opinii godnej sprzedawców z mięsnego w czasach PRL.
Powszechność zjawiska jest tak wielka, że tylko skomasowany atak zjednoczonych farmaceutów może coś tu zdziałać. Może w każdej aptece, przy każdym okienku umieścić taki sam znaczek z przekreślonym telefonem i w razie potrzeby elegancko wskazywać ręką, gdy ktoś sięgnie po telefon podczas konwersacji z farmaceutą? Jak uświadomić ludziom, że my nie sprzedajemy cukierków tylko leki i że każde odwrócenie naszej uwagi to nie tylko lekka zniewaga – to może okazać się brzemiennym w skutkach błędem!
Aptekarze, łączcie się w proteście przeciwko używaniu telefonów komórkowych w aptekach.
Zdarzyło się
Zdarzyło się dzisiaj coś niezwykłego. W bardzo krótkim czasie pacjent, lekarz i aptekarz odczuli te same emocje: wstyd i zażenowanie. Historia rozpoczęła się absolutnie banalnie: przychodzi pacjent do apteki i podaje receptę. Nie dzieje się w tym momencie absolutnie nic niezwykłego.
A gdyby zacząć tak: przychodzi do apteki, prowadzony przez córkę dziewięćdziesięcioletni pacjent w trakcie leczenia onkologicznego. Córka pomaga mu zająć w miarę wygodne miejsce na krzesełku w aptece, a sama podaje recepty. Farmaceutka kolejno przynosi przepisane na drukach leki. Przystępuje do realizacji recept. Kolejno wpisuje: PESEL, REGON, nr lekarza, wstukuje na klawiaturze litery składające się na nazwę leku, wybiera rodzaj odpłatności wskazany przez lekarza. Pierwsza recepta zostaje zrealizowana. Teraz druga: PESEL, REGON… Kolejna recepta zrealizowana. Czas na ostatnią: PESEL, REGON… nr lekarza nieczytelny! Akurat się nie odbił. A rano przyszło pismo z Izby Aptekarskiej, aby nie realizować dla własnego bezpieczeństwa recept z błędami w postaci między innymi nieczytelnych pieczątek.
Zrobiło się tak jakby kwaśno i mało komfortowo. Pacjent zamiejscowy, lek niezbędny, a pełno płatnie bardzo, bardzo drogi.
Rozpoczął się dialog między Starszym Panem a Córką: – Nie bierzmy tego i jedźmy już do domu, jestem zmęczony.- mówił Starszy Pan, – Tato, musisz mieć leki przeciwbólowe, bez tego nie możemy wrócić. – mówiła Córka.
Była to jedna z trzech recept wystawionych tego dnia, przez tego samego lekarza, dla tego samego pacjenta. Były realizowane kolejno w tej samej aptece. Pozostałe dwie miały prawidłowo odbite pieczątki, z których bez problemu odczytałam nr lekarza. To wszystko jest przecież takie proste i oczywiste!
Przede mną siedzi pacjent, który marzy tylko o tym, żeby wrócić do domu, a ja mam kłopot, ponieważ wiem, że w trakcie kontroli nikt nie posłucha historii o starszym schorowanym Panu, jego Córce, ich codziennym zmaganiu się z ciężką chorobą. Kontroli podlegają druki recept – zimne, szeleszczące papierki z literkami i cyferkami i człowiekiem zamkniętym w numerze PESEL.
Gdyby chociaż raz osoba tworząca te wszystkie przepisy i udogodnienia stanęła na miejscu farmaceuty z dylematem: wydać czy nie wydać? Zaryzykować i zapłacić ewentualnie samemu czy… Gdyby chociaż raz Urzędnik Państwowy popatrzył w oczy rodziców dziecka wypisywanego z Oddziału Chirurgii Onkologicznej, chcących zrealizować nie do końca poprawnie wystawioną receptę pisaną ręką chirurga, z jego najlepszą wiedzą i wolą. Gdyby chociaż raz!
Nie da się zapomnieć wyrazu twarzy takiego rodzica, który z obłędem w oczach zabiera dziecko ze szpitala wraz z wypisem, na który czekał pół dnia i dostaje receptę, do której w wyniku pośpiechu lekarza wkradł się niewielki, ale za to istotny od strony formalnej błąd. Ciężko jest nawet opisać same uczucia towarzyszące takiej sytuacji, a jest to przecież nasza codzienność. Powiedzenie „przepraszam” w takiej sytuacji nic nie daje, bo serce rodzica śmiertelnie chorego dziecka jest niewrażliwe już na żadne „przepraszam”. Wydać pełno płatnie dla naszej wygody? To rozwiązanie najprostsze, a jednocześnie najpodlejsze. Pozostaje jeszcze zaryzykować i spróbować poprawić receptę u lekarza, który ją wystawiał, co często graniczy z cudem.
Starszy Pan wraz z Córką pojechali do domu z kompletem zapisanych leków, zapłacili za nie tak, jakby recepty były wystawione bezbłędnie. I znowu to okropne „przepraszam”, tym razem z ust schorowanego dziewięćdziesięciolatka – człowieka, który czuje się winny. Właściwie winny czego? Przecież nie ma tam grama Jego winy, a mimo wszystko niewyraźnie odbita pieczątka paradoksalnie „odbiła się” na Jego nastroju. Czy to koniec koszmaru?
Etap ostatni. Wizyta u lekarza. Krok pierwszy: pokonać kolejkę chorych, zniecierpliwionych ludzi, którzy czasami po kilka godzin czekają na swoje „pięć minut”. Krok drugi: przekonać lekarza do poprawienia recepty, w sposób elegancki i pozbawiony złych emocji.
Uzbrojona w wolę walki, w imię słusznej sprawy, zaatakowałam. Pewnym krokiem minęłam kolejkę oczekujących, starając się nikomu nie patrzeć w oczy i dotarłam do gabinetu. Stanęłam w progu przedstawiając się i wyjaśniając w telegraficznym skrócie, co mnie sprowadza. To, co się chwilę później wydarzyło, pozbawiło mnie resztek energii niezbędnej do prawidłowego funkcjonowania w grupie homo sapiens.
Lekarz, profesor, człowiek dwukrotnie starszy ode mnie zaczął mnie przepraszać za błąd, który popełnił. Na jego twarzy malowało się autentyczne poczucie wstydu i zażenowania. Człowiek, który z oddaniem walczy o ludzkie życie, przeoczył taki mały, w obliczu tego, co robi na co dzień, szczegół! Tego było zbyt wiele. Brak tuszu w jednym miejscu na blankiecie zepsuł humor tylu osobom! Pal sześć czas, który został zmarnowany na poprawianie, rozważania i dyskusję o „błędzie w postaci niewyraźnie odbitej pieczątki”. Ale ile emocji temu towarzyszyło ze strony pacjenta, lekarza i farmaceuty…
Groszki i Róże
Gdy nadchodzi wiosna, budzą się do życia natura i uczucia skrywane gdzieś głęboko. Wszyscy czujemy się tak samo młodzi i wszyscy chcemy kochać i być kochani.
Rok temu wraz z pierwszymi promieniami wiosennego słońca w „życiu apteki” pojawił się Ogrodnik. Miał za zadanie zagospodarować przylegający do apteki teren. Przed laty trawnik był częścią przepięknego ogrodu, do którego po schodach o giętkiej, kapryśnej, secesyjnej linii wychodziła na spacer przedwojenna właścicielka kamienicy.
Kiedy Młody Ogrodnik wchodził do apteki, miał w zwyczaju nucić „Groszki i róże” Ewy Demarczyk. Zniewalającym uśmiechem i charakterystycznie wypowiadanym „dzień dobry” wywoływał radość na twarzach wszystkich pań. Odpowiadały mu jednym chórem pacjentki i personel.
Pani Krysia jak zwykle wbiegła do apteki zdyszana i cała czerwona. Kiedy miała drugą zmianę, zawsze wchodziła z hukiem, bo każde wolne przedpołudnie wykorzystywała na załatwianie „pilnych spraw urzędowych”. Pierwszy raz ich spojrzenia skrzyżowały się na progu kuchni, do której pani Krysia zmierzała w celu zaparzenia sobie kawy, dwie minuty przed rozpoczęciem pracy oczywiście. To jakby narzucało dynamizm jej ruchów. Ogrodnik właśnie z kuchni wychodził, dumnie krocząc z kubkiem w dłoni. Ich spotkanie było niczym zderzenie atomów. Aż poleciały iskry, a właściwie to chlapnęły. Dźwięk tłuczonej porcelany poniósł się echem po aptece. Wytrącony z rąk Ogrodnika kubek poszybował łukiem w naczynia schnące na suszarce. Niczym kula armatnia rozgromił zastawę stołową, jednocześnie zdobiąc ściany fikuśnymi motywami w odcieniu kawowym. Przez dłuższą chwilę stali tak, patrząc na siebie w milczeniu. Dzieliło ich 25 lat i pół metra wzrostu. Pani Krysia spłonęła rumieńcem, kiedy Ogrodnik otarł jej kawę z policzka. Uśmiechnął się do niej, ukazując białe zęby. Ona zdołała wyszeptać „Przepraszam”.
Staliby tak jeszcze długo, patrząc sobie w oczy, gdyby nie to, że nagle w kuchni zrobiło się niebywale tłoczno. Zbiegli się wszyscy, żeby zobaczyć, co się stało, i ocenić straty. Tego dnia w aptece już nikt nie napił się kawy ani herbaty. Potłukły się wszystkie kubki.
Z dnia na dzień ogród piękniał. Z dnia na dzień także rozkwitało uczucie, które pojawiło się w serduszku pani Krysi. W przeciwieństwie jednak do zmian w ogrodzie było ledwo zauważalne dla osób niewtajemniczonych. Ukradkowe spojrzenia, tajemnicze uśmiechy i przerywane rozmowy gdy ktoś nadchodził, tylko podsycały atmosferę romansu.
Pani Krysia od lat była sama. Całym jej światem była praca, która nadawała sens jej życiu i wypełniała pustkę w sercu. Codzienny kontakt z ludźmi przy okienku powodował, że zapominała o tym, że jest „pięćdziesięcioletnią singielką” Już dawno przestała marzyć o wielkiej miłości. W pewnym momencie swojego życia spakowała marzenia do starego pudełka po butach i ukryła głęboko w szafie. Los lubi czasem sobie z nas zażartować. W wypadku Pani Magister taką formą psikusa okazało się pojawienie się na jej drodze Młodego Ogrodnika.
Pani Krysia zmieniała się z dnia na dzień. Nowa fryzura, uśmiech na twarzy – wszystko to powodowało, że odmłodniała. Odnalazła w sobie Krysię, która kiedyś przejechała autostopem całą Polskę, Krysię, która potrafiła szusować poza wyznaczonymi trasami narciarskimi bez obawy o własne zdrowie i życie. Krysię, która była pewną siebie, odważną, niezależną i silną kobietą. Kto mógł przypuszczać, że to właśnie pani Krysia, a nie któraś z młodszych farmaceutek, zostanie obiektem westchnień przystojnego mężczyzny? Pani Krysia także nie mogła się nadziwić tej sytuacji. Wielokrotnie próbowała doszukać się drugiego dna, ale Ogrodnik niczego od niej nie oczekiwał, po prostu cieszyli się wspólnie spędzanym czasem.
W ogrodzie zakwitły posiane groszki, a róże już czekały. Nadeszło lato. Ogrodnik pojawiał się w aptece już coraz rzadziej. Do pani Krysi powoli docierała myśl, że wszystko, co się kiedyś zaczyna, musi się kiedyś skończyć. Od samego początku pani Krysia była realistką, zdającą sobie sprawę z różnicy wieku, jaka ich dzieli, nigdy nie robiła żadnych planów, po prostu cieszyła się chwilą. Pod koniec września dzieło ogrodowe zostało ukończone; rozkwitały jesienne róże, a murawa trawnika była idealna. Nadszedł czas pożegnania z Ogrodnikiem. Tak jak wtedy, za pierwszym razem, kiedy się spotkali, stali w kuchni, patrząc sobie głęboko w oczy. Oboje się uśmiechali. W oku pani Krysi zakręciła się łza, jednak szybko ją otarła, tak żeby nikt nie zauważył, szczególnie że właśnie przyszła ekipa malarzy, aby usunąć ze ścian kuchni fikuśne motywy w kolorze kawowym.



Jestem farmaceutką i studentką dziennikarstwa. Mój prywatny świat to moja córka i dom z ogrodem. W wolnych chwilach odkrywam na nowo stare receptury tak apteczne, jak i kuchenne, a formą relaksu są dla mnie sport, muzyka i książki. Wierzę, że dobrze w życiu wychodzi nam to, co robimy z sercem.