Blog Z Apteki pod Liściem Szerokim

RSS

Serce Babci bije inaczej

„Pani magister, Madzia dostała się na medycynę! Będzie lekarzem! Jak jej tata! Postanowiliśmy z synem, że wnusia na czas studiów zamieszka ze mną. W końcu przecież moje mieszkanie jest położone raptem parę kroków od uczelni. Pani magister, ja się tak bardzo cieszę” – opowiadała pani Teresa. Promieniała ze szczęścia. Był upalny lipiec, początek wakacji, doskonały czas, aby odpcząć. Pani Teresa jednak nie miała w planach wypoczynku. Postanowiła wyremontować mieszkanie. Wszystko układało się pomyślnie. Jedynym wyjątkiem stało się zdrowie babci. Wakacyjna pogoda i wysiłek związany z remontem nadwyrężyły kochające serce.

Nastała jesień i rozpoczął się rok akademicki. Madzia wprowadziła się do babci. Kartony z książkami i torby pełne ubrań wnoszone były do wyremontowanego mieszkania. Pani Teresa była zachwycona. Do domu na nowo wkroczyło życie. Od czasu kiedy dzieci pani Teresy pozakładały własne rodziny w innych miastach, seniorka rodu mieszkała całkiem sama. Radziła sobie doskonale, ale brakowało jej obecności drugiej osoby na co dzień. Pojawienie się wnuczki w jej życiu było jak prezent od losu.

Radość z obecności wnuczki nie trwała długo. Wraz z pojawieniem się młodej osoby przybyły także hałas i znajomi przeczekujący przerwy między zajęciami w mieszkaniu pani Teresy. Z dnia na dzień starsza pani stała się zbędnym elementem wyposażenia domu. Jej serce cierpiało. Potrzebowała ciszy i spokoju, a była narażona na stres i upokorzenie w miejscu, które było jej azylem. Z tygodnia na tydzień konflikt narastał. Sytuację komplikował fakt, że pani Teresa obiecała synowi, że zaopiekuje się wnuczką, a nie umiała sobie poradzić z jej zachowaniem. Najprawdopodobniej rodzice nie znali dziewczyny od złej strony, a pani Teresa nie umiała im tego powiedzieć.

Nastała zima. Ochłodzenie na dworze nie wpłynęło wcale na obniżenie temperatury emocji w domu pani Teresy. Wnusia wbrew zakazom babci użyła służącego tylko i wyłącznie do ozdoby kominka, przygotowując romantyczną kolację dla swojej sympatii. Pani Teresa pokryła koszty nieuzasadnionego wezwania straży pożarnej, zaalarmowanej przez sąsiadów, którzy nie mieli pojęcia o istnieniu kominka w mieszkaniu starszej pani, a zaniepokojeni wydobywającym się dymem, zaalarmowali odpowiednie służby.

Pani Teresa czuła się coraz gorzej. Odwiedzajac aptekę, tylko wzdychała bezradnie, kiedy pytałam o wnuczkę. Któregoś dnia wspmniała, że czuje dziwny posmak w ustach i ma już od jakiegoś czasu problemy żołądkowo-jelitowe. Początkowo winą za ten stan obarczała stres, ale nie ma badań, że nerwy objawiają się dziwnym smakiem w ustach. Poprosiła mnie o sprawdzenie, czy przypadkiem któryś ze stosowanych przez nią leków nie daje takich objawów ubocznych. Wiedziałam, że pacjentka przyjmuje już od dawna te same preparaty, sprawdziłam, czy w ciągu tego czasu któryś z producentów nie wprowadził zmian i wzięłam pod uwagę także możliwość interakcji.

Był środek zimy. Zbliżał się Dzień Babci i sesja na uczelniach. Pani Teresa była tak słaba, że wychodziła z łóżka tylko za potrzebą. Na szczęście Madzia też spędzała dużo czasu w domu. Tego dnia starsza pani odkryła przyczynę swojego złego samopoczucia. Idąc boso przez korytarz, zajrzała do kuchni. Zobaczyła tam wnuczkę, która nalewała płyn do mycia naczyń do garnka z zupą, którą pani Teresa miała zjeść. To, co ujrzała, było tak nieprawdopodobne, że pewnie nie uwierzyłaby, gdyby nie to, co jeszcze usłyszała. Wnuczka rozmawiała ze swoją sympatią i informowała chłopaka o postępach „w procesie uzyskania dostępu do całego mieszkania”. Pani Teresa wróciła spokojnie do swojego pokoju i zadzwoniła po sąsiadkę. Kiedy Madzia wyszła z domu, starsze panie przejrzały zawartość lodówki i wszystkich pojemników z żywnością, które były w domu. Pieniło się praktycznie wszystko. Pani Teresa zemdlała.

Lekarze mieli obowiązek złożenia zawiadomienia do odpowiednich służb, ale kochająca babcia ubłagała ich, żeby jednak tego nie robili. Kazała wyprowadzić się wnuczce w trybie natychmiastowym, nie zwracając uwagi na to, że był to akurat Dzień Babci i zbliżała się sesja egzaminacyjna. Nie umiała też powiedzieć synowi o całej sprawie, choć miał do niej pretensje o wyrzucenie wnuczki z mieszkania w najgorętszym okresie roku akademickiego. „Pani magister, nie umiałam mu powiedzieć, przecież i tak by mi nie uwierzył, przecież Madzia będzie lekarzem…”.

komentuj 0 komentarzy

Dzień Wigilijny

Czy dyżur w aptece w Dzień Wigilijny różni się czymś od pracy w inne dni w roku?
Zazwyczaj w ten szczególny dzień jesteśmy myślami już zupełnie w innym wymiarze i tylko odliczamy minuty do końca zmiany. Jedną ręką wydajemy leki, a drugą w myślach wyciągamy w kierunku opłatka. Można tego dnia dostrzec bezkresny ocean samotności, który rozlewa się wśród starszych ludzi, o których rodziny zapomniały. W pamięci powracają Ci, którzy do wigilijnej wieczerzy już nie usiądą, a których twarzy nie jesteśmy w stanie zapomnieć.  Świat zamiera w ciszy zbliżając się ku wieczorowi.

Tego dnia także zdarzają się cuda: te mniejsze, a czasami i większe. Najważniejsze, żeby tego cudu nie przeoczyć i docenić te, które cały czas trwają, dostrzec cuda najmniejsze, nawet takie, które z pozoru na cuda nie wyglądają.

Tuż po otwarciu apteki wbiegła pani z plikiem weterynaryjnych recept. Drżącą ręką podała je i opowiedziała co się stało. Jak co roku udekorowała świątecznie mieszkanie: postawiła choinkę, porozwieszała stroiki. Dodatkowo kupiła Gwiazdę Betlejemską, roślinkę doniczkową, która od pewnego czasu stała się tak samo ważnym symbolem świąt jak drzewko. Niestety nie była świadoma, że roślinka jest bardzo trująca. Niczego nie podejrzewając dopuściła do tego, że jej ukochany pies najadł się kolorowych listków. Efektem tego było ostre zatrucie. Kiedy tylko zorientowała się co się stało, od razu pobiegła do weterynarza.  Pieska poddano leczeniu objawowemu w klinice i odesłano do domu z nadzieją, że może coś uda się zrobić. Przez cały wigilijny dzień temat zatrutego zwierzaka powracał. Pani jeszcze kilkakrotnie przychodziła po leki, zestawy do kroplówek i inne pomoce.
- Nie udało się – powiedziała, kiedy przyszła ostatni raz. Zapłakana, ze zwieszoną głową i dość mocno zmęczona całym dniem. Walczyła bardzo dzielnie, chociaż sytuacja nie dawała zbyt wielkich szans na powodzenie od początku.

Robiło się coraz później i nadchodził czas, kiedy należało już iść w stronę domu. Jeszcze tylko sprzątnę aptekę i …
W kącie, obok podjazdu dla osób niepełnosprawnych siedział królik, taki ze zwieszonymi uszkami, baranek. Małe stworzonko, przestraszone i takie nieporadne. A na dodatek trafiło jakby nie w te święta co trzeba! Pomyślałam, że w Wigilię to zawsze coś się dzieje niezwykłego: pacjenci gubią portfele, kłócą się z najbliższymi, podejmują ważne życiowe decyzje, ale królik tuż przed zamknięciem apteki to już przesada!

Nie mogłam go zabrać do domu, ponieważ moje psy i kot nie tolerują gryzoni. Nie mogłam go także zostawić w aptece, bo to nie jest miejsce, gdzie można trzymać zwierzaki. Kiedy sprawdzałam recepty, a królik co jakiś czas zerkał na mnie, przyszła mi do głowy pani, która tak bardzo dzisiaj walczyła o innego zwierzaka. Takiego, którego bardzo kochała. Zadzwoniłam do niej i umówiłam się, że coś jej przyniosę wracając z pracy.
Otworzyła mi cała zapłakana. Kiedy zobaczyła, co trzymam w rękach, jakby lekko się ożywiła. Podałam jej króliczka. Przytuliła go. Zanurzyła twarz w rudym futerku. Potem się rozpłakała. Szybciutko opowiedziałam jej całą historię, a ona powiedziała coś co mi utkwiło w pamięci: „To taki malutki cud, dobrze, że go pani w porę dostrzegła, powstanie z tego wiele dobrego.”

Z okazji Świąt Bożego Narodzenia życzę wszystkim czytelnikom, aby dostrzegali i doceniali cuda, nawet te najmniejsze, bo może z nich powstać jeszcze więcej dobrego niż potrafią sobie nawet wyobrazić.

komentuj 0 komentarzy

Sobotni ranek

Sobotni ranek przyniósł piękną słoneczną pogodę. W aptece było cicho, a czas płynął leniwie. Kiedy nagle drzwi się otworzyły i weszła Pani. Podeszłam do okienka i spytałam: jak mogę jej pomóc?. W odpowiedzi usłyszałam popularną pieśń kościelną. Pani stała wyprostowana i z przejęciem śpiewała kolejne zwrotki zawierające pochwały Matki Boskiej. Kiedy skończyła śpiewać spytała mnie : „Ładny mam głos?”. Nieco oszołomiona odpowiedziałam twierdząco. Wtedy pani bez słowa pożegnania wyszła.

komentuj 0 komentarzy

Dlaczego przydatna jest znajomość języków obcych?

Czasami jedyną skuteczną metodą porozumiewania się z pacjentem jest metoda zwana potocznie „na migi”. Jak w tańcu wykonujemy pewne ustalone figury przy pomocy rąk, oznaczające odpowiednio pytanie lub odpowiedź. Dzisiaj przyszło mi użyć tego uniwersalnego języka wyczerpawszy uprzednio wszystkie inne możliwości werbalne.

Okazało się, że pacjent nie używa języków zachodnich, ja natomiast jestem z pokolenia tych, którym języki wschodnie są już obce. Młody, przystojny i bardzo elegancko ubrany pan o typie urody dalekowschodniej, patrzył na mnie błagalnym wzrokiem i usiłował poprosić o coś na ból gardła. Tak  przynajmniej wynikało z gestów, jak również z wyrazu ulgi, który pojawił się w jego ciemnych oczach, kiedy zaproponowałam mu  popularne na całym swiecie pastylki. Wtedy on zachęcony sukcesem postanowił poprosić o coś jeszcze, czego nazwę miał zapisaną w telefonie komórkowym. Sprawnie przesuwał kolejne odsłony w tablecie aż w końcu odnalazł to, czego szukał. Odwrócił ekran w moją stronę i pokazał mi, co było na nim napisane. A było napisane ni mniej ni więcej tylko : SZPIEG. Popatrzyłam na niego i nieco zmieszana odpowiedziałam, że takiego lekarstwa nie mam. Pan zapłacił i uśmiechnął się na pożegnanie, a ja zostałam z pytaniem: czy to był James?

komentuj 0 komentarzy