Blog Z Apteki pod Liściem Szerokim

RSS

Serce Babci bije inaczej

„Pani magister, Madzia dostała się na medycynę! Będzie lekarzem! Jak jej tata! Postanowiliśmy z synem, że wnusia na czas studiów zamieszka ze mną. W końcu przecież moje mieszkanie jest położone raptem parę kroków od uczelni. Pani magister, ja się tak bardzo cieszę” – opowiadała pani Teresa. Promieniała ze szczęścia. Był upalny lipiec, początek wakacji, doskonały czas, aby odpcząć. Pani Teresa jednak nie miała w planach wypoczynku. Postanowiła wyremontować mieszkanie. Wszystko układało się pomyślnie. Jedynym wyjątkiem stało się zdrowie babci. Wakacyjna pogoda i wysiłek związany z remontem nadwyrężyły kochające serce.

Nastała jesień i rozpoczął się rok akademicki. Madzia wprowadziła się do babci. Kartony z książkami i torby pełne ubrań wnoszone były do wyremontowanego mieszkania. Pani Teresa była zachwycona. Do domu na nowo wkroczyło życie. Od czasu kiedy dzieci pani Teresy pozakładały własne rodziny w innych miastach, seniorka rodu mieszkała całkiem sama. Radziła sobie doskonale, ale brakowało jej obecności drugiej osoby na co dzień. Pojawienie się wnuczki w jej życiu było jak prezent od losu.

Radość z obecności wnuczki nie trwała długo. Wraz z pojawieniem się młodej osoby przybyły także hałas i znajomi przeczekujący przerwy między zajęciami w mieszkaniu pani Teresy. Z dnia na dzień starsza pani stała się zbędnym elementem wyposażenia domu. Jej serce cierpiało. Potrzebowała ciszy i spokoju, a była narażona na stres i upokorzenie w miejscu, które było jej azylem. Z tygodnia na tydzień konflikt narastał. Sytuację komplikował fakt, że pani Teresa obiecała synowi, że zaopiekuje się wnuczką, a nie umiała sobie poradzić z jej zachowaniem. Najprawdopodobniej rodzice nie znali dziewczyny od złej strony, a pani Teresa nie umiała im tego powiedzieć.

Nastała zima. Ochłodzenie na dworze nie wpłynęło wcale na obniżenie temperatury emocji w domu pani Teresy. Wnusia wbrew zakazom babci użyła służącego tylko i wyłącznie do ozdoby kominka, przygotowując romantyczną kolację dla swojej sympatii. Pani Teresa pokryła koszty nieuzasadnionego wezwania straży pożarnej, zaalarmowanej przez sąsiadów, którzy nie mieli pojęcia o istnieniu kominka w mieszkaniu starszej pani, a zaniepokojeni wydobywającym się dymem, zaalarmowali odpowiednie służby.

Pani Teresa czuła się coraz gorzej. Odwiedzajac aptekę, tylko wzdychała bezradnie, kiedy pytałam o wnuczkę. Któregoś dnia wspmniała, że czuje dziwny posmak w ustach i ma już od jakiegoś czasu problemy żołądkowo-jelitowe. Początkowo winą za ten stan obarczała stres, ale nie ma badań, że nerwy objawiają się dziwnym smakiem w ustach. Poprosiła mnie o sprawdzenie, czy przypadkiem któryś ze stosowanych przez nią leków nie daje takich objawów ubocznych. Wiedziałam, że pacjentka przyjmuje już od dawna te same preparaty, sprawdziłam, czy w ciągu tego czasu któryś z producentów nie wprowadził zmian i wzięłam pod uwagę także możliwość interakcji.

Był środek zimy. Zbliżał się Dzień Babci i sesja na uczelniach. Pani Teresa była tak słaba, że wychodziła z łóżka tylko za potrzebą. Na szczęście Madzia też spędzała dużo czasu w domu. Tego dnia starsza pani odkryła przyczynę swojego złego samopoczucia. Idąc boso przez korytarz, zajrzała do kuchni. Zobaczyła tam wnuczkę, która nalewała płyn do mycia naczyń do garnka z zupą, którą pani Teresa miała zjeść. To, co ujrzała, było tak nieprawdopodobne, że pewnie nie uwierzyłaby, gdyby nie to, co jeszcze usłyszała. Wnuczka rozmawiała ze swoją sympatią i informowała chłopaka o postępach „w procesie uzyskania dostępu do całego mieszkania”. Pani Teresa wróciła spokojnie do swojego pokoju i zadzwoniła po sąsiadkę. Kiedy Madzia wyszła z domu, starsze panie przejrzały zawartość lodówki i wszystkich pojemników z żywnością, które były w domu. Pieniło się praktycznie wszystko. Pani Teresa zemdlała.

Lekarze mieli obowiązek złożenia zawiadomienia do odpowiednich służb, ale kochająca babcia ubłagała ich, żeby jednak tego nie robili. Kazała wyprowadzić się wnuczce w trybie natychmiastowym, nie zwracając uwagi na to, że był to akurat Dzień Babci i zbliżała się sesja egzaminacyjna. Nie umiała też powiedzieć synowi o całej sprawie, choć miał do niej pretensje o wyrzucenie wnuczki z mieszkania w najgorętszym okresie roku akademickiego. „Pani magister, nie umiałam mu powiedzieć, przecież i tak by mi nie uwierzył, przecież Madzia będzie lekarzem…”.

komentuj 0 komentarzy

Dzień Wigilijny

Czy dyżur w aptece w Dzień Wigilijny różni się czymś od pracy w inne dni w roku?
Zazwyczaj w ten szczególny dzień jesteśmy myślami już zupełnie w innym wymiarze i tylko odliczamy minuty do końca zmiany. Jedną ręką wydajemy leki, a drugą w myślach wyciągamy w kierunku opłatka. Można tego dnia dostrzec bezkresny ocean samotności, który rozlewa się wśród starszych ludzi, o których rodziny zapomniały. W pamięci powracają Ci, którzy do wigilijnej wieczerzy już nie usiądą, a których twarzy nie jesteśmy w stanie zapomnieć.  Świat zamiera w ciszy zbliżając się ku wieczorowi.

Tego dnia także zdarzają się cuda: te mniejsze, a czasami i większe. Najważniejsze, żeby tego cudu nie przeoczyć i docenić te, które cały czas trwają, dostrzec cuda najmniejsze, nawet takie, które z pozoru na cuda nie wyglądają.

Tuż po otwarciu apteki wbiegła pani z plikiem weterynaryjnych recept. Drżącą ręką podała je i opowiedziała co się stało. Jak co roku udekorowała świątecznie mieszkanie: postawiła choinkę, porozwieszała stroiki. Dodatkowo kupiła Gwiazdę Betlejemską, roślinkę doniczkową, która od pewnego czasu stała się tak samo ważnym symbolem świąt jak drzewko. Niestety nie była świadoma, że roślinka jest bardzo trująca. Niczego nie podejrzewając dopuściła do tego, że jej ukochany pies najadł się kolorowych listków. Efektem tego było ostre zatrucie. Kiedy tylko zorientowała się co się stało, od razu pobiegła do weterynarza.  Pieska poddano leczeniu objawowemu w klinice i odesłano do domu z nadzieją, że może coś uda się zrobić. Przez cały wigilijny dzień temat zatrutego zwierzaka powracał. Pani jeszcze kilkakrotnie przychodziła po leki, zestawy do kroplówek i inne pomoce.
- Nie udało się – powiedziała, kiedy przyszła ostatni raz. Zapłakana, ze zwieszoną głową i dość mocno zmęczona całym dniem. Walczyła bardzo dzielnie, chociaż sytuacja nie dawała zbyt wielkich szans na powodzenie od początku.

Robiło się coraz później i nadchodził czas, kiedy należało już iść w stronę domu. Jeszcze tylko sprzątnę aptekę i …
W kącie, obok podjazdu dla osób niepełnosprawnych siedział królik, taki ze zwieszonymi uszkami, baranek. Małe stworzonko, przestraszone i takie nieporadne. A na dodatek trafiło jakby nie w te święta co trzeba! Pomyślałam, że w Wigilię to zawsze coś się dzieje niezwykłego: pacjenci gubią portfele, kłócą się z najbliższymi, podejmują ważne życiowe decyzje, ale królik tuż przed zamknięciem apteki to już przesada!

Nie mogłam go zabrać do domu, ponieważ moje psy i kot nie tolerują gryzoni. Nie mogłam go także zostawić w aptece, bo to nie jest miejsce, gdzie można trzymać zwierzaki. Kiedy sprawdzałam recepty, a królik co jakiś czas zerkał na mnie, przyszła mi do głowy pani, która tak bardzo dzisiaj walczyła o innego zwierzaka. Takiego, którego bardzo kochała. Zadzwoniłam do niej i umówiłam się, że coś jej przyniosę wracając z pracy.
Otworzyła mi cała zapłakana. Kiedy zobaczyła, co trzymam w rękach, jakby lekko się ożywiła. Podałam jej króliczka. Przytuliła go. Zanurzyła twarz w rudym futerku. Potem się rozpłakała. Szybciutko opowiedziałam jej całą historię, a ona powiedziała coś co mi utkwiło w pamięci: „To taki malutki cud, dobrze, że go pani w porę dostrzegła, powstanie z tego wiele dobrego.”

Z okazji Świąt Bożego Narodzenia życzę wszystkim czytelnikom, aby dostrzegali i doceniali cuda, nawet te najmniejsze, bo może z nich powstać jeszcze więcej dobrego niż potrafią sobie nawet wyobrazić.

komentuj 0 komentarzy

Sobotni ranek

Sobotni ranek przyniósł piękną słoneczną pogodę. W aptece było cicho, a czas płynął leniwie. Kiedy nagle drzwi się otworzyły i weszła Pani. Podeszłam do okienka i spytałam: jak mogę jej pomóc?. W odpowiedzi usłyszałam popularną pieśń kościelną. Pani stała wyprostowana i z przejęciem śpiewała kolejne zwrotki zawierające pochwały Matki Boskiej. Kiedy skończyła śpiewać spytała mnie : „Ładny mam głos?”. Nieco oszołomiona odpowiedziałam twierdząco. Wtedy pani bez słowa pożegnania wyszła.

komentuj 0 komentarzy

Dlaczego przydatna jest znajomość języków obcych?

Czasami jedyną skuteczną metodą porozumiewania się z pacjentem jest metoda zwana potocznie „na migi”. Jak w tańcu wykonujemy pewne ustalone figury przy pomocy rąk, oznaczające odpowiednio pytanie lub odpowiedź. Dzisiaj przyszło mi użyć tego uniwersalnego języka wyczerpawszy uprzednio wszystkie inne możliwości werbalne.

Okazało się, że pacjent nie używa języków zachodnich, ja natomiast jestem z pokolenia tych, którym języki wschodnie są już obce. Młody, przystojny i bardzo elegancko ubrany pan o typie urody dalekowschodniej, patrzył na mnie błagalnym wzrokiem i usiłował poprosić o coś na ból gardła. Tak  przynajmniej wynikało z gestów, jak również z wyrazu ulgi, który pojawił się w jego ciemnych oczach, kiedy zaproponowałam mu  popularne na całym swiecie pastylki. Wtedy on zachęcony sukcesem postanowił poprosić o coś jeszcze, czego nazwę miał zapisaną w telefonie komórkowym. Sprawnie przesuwał kolejne odsłony w tablecie aż w końcu odnalazł to, czego szukał. Odwrócił ekran w moją stronę i pokazał mi, co było na nim napisane. A było napisane ni mniej ni więcej tylko : SZPIEG. Popatrzyłam na niego i nieco zmieszana odpowiedziałam, że takiego lekarstwa nie mam. Pan zapłacił i uśmiechnął się na pożegnanie, a ja zostałam z pytaniem: czy to był James?

komentuj 0 komentarzy

Do wesela się zagoi


Poproszę coś od bólu zęba – powiedziała drobna blondynka o niebieskich zapłakanych oczach. W rękach trzymała małego pluszowego misia i nerwowo wbijała mu palec w oko. Podałam jej najsilniejszy specyfik działający przeciwbólowo i przeciwzapalnie dostępny bez recepty. Poprosiła jeszcze o szklankę wody do popicia.
To była Wigilia. Za oknem biało i mroźno. Już tylko nieliczni pacjenci odwiedzali aptekę, głównie po to, żeby złożyć życzenia. Jak bardzo ta dziewczyna odbiegała od atmosfery świąt. Czy ból zęba mógł odebrać jej aż tak bardzo chęć do życia? Bo to, że uszła z niej całkiem, było widać już na pierwszy rzut oka.

Podałam jej kubeczek z wodą. Podziękowała i usiadła przy stoliku. Powolutku wyłuskiwała tabletkę z blistra. Nigdzie się nie spieszyła. A przecież w Wigilię wszyscy dokądś pędzą, dzień umyka, nawet nie wiadomo, kiedy i gdzie. Przecież zawsze jest jeszcze tyle do zrobienia. Widząc jej smutną minę, doradziłam jej, że powinna jak najszybciej odwiedzić stomatologa. Podniosła głowę i spokojnym głosem powiedziała, że bardziej niż ból zęba dokucza jej ból złamanego serca. – Czy ma pani na to jakieś lekarstwo? – zapytała. Nic jej nie odpowiedziałam, bo na złamane serce, jak i na podłość ludzką i zakręty losu nie ma jeszcze lekarstwa. Trzeba to po prostu odchorować i tyle.

Powoli zaczęła opowiadać swoja historię: Poznaliśmy się jeszcze w liceum. On jest starszy ode mnie o rok. Chodziliśmy ze sobą przez dziewięć lat. Dziewięć najcudowniejszych lat. Przeszliśmy razem całe Sudety, znam tam każdą łąkę i każde drzewo. Jak zdawałam maturę, to on udekorował wejście do mojego bloku kwiatami bzu. Wyrwał chyba cały krzew. Pachniało tak zniewalająco, że aż się wszystkim kręciło w głowie. Kiedy pierwszy raz powiedział mi, że mnie kocha, miał łzy w oczach, a kiedy pierwszy raz mnie pocałował, to zemdlał. Zawsze używał chusteczek higienicznych o zapachu lawendy i uwielbiał tic-taki. Przynosił mi największe róże, jakie kiedykolwiek widziałam. On ma zielone oczy po swojej mamie i nasze dzieci też miały mieć oczy zielone, chociaż ja mam niebieskie. W marcu planowaliśmy ślub. Ja już nawet mam sukienkę i zaproszenia już wybrane. Widzi pani, jaki piękny pierścionek zaręczynowy mi kupił. W środku jest napisane, ile karatów mają brylanty i ten wielki szafir. W pierwszy dzień świąt miał się odbyć taki uroczysty obiad z naszymi rodzicami. Mieliśmy wszystko ustalić dokładnie, omówić szczegóły.

On dzisiaj do mnie przyszedł i dał mi na gwiazdkę tego misia i powiedział, że ślubu nie będzie. Że nie chce ze mną być i że nie lubi mojej mamy. Tak po prostu po tylu wspólnych latach i to w Wigilię. Do tego wszystkiego jeszcze ten okropny miś… Już od wczoraj bolał mnie ząb, ale odwlekałam decyzję o pójściu do dentysty, myśląc, że mi przejdzie. No i nie przeszło, za to przeszło mi przed oczami całe ostatnie dziewięć lat mojego życia. Nie wiem, co mam teraz zrobić. Nie chce mi się wracać do domu, chociaż pewnie już wszyscy tam na mnie czekają. Wigilia to też taki dzień, że nie wypada bez zapowiedzi odwiedzać przyjaciół. Zresztą gdziekolwiek bym się nie pojawiła, będą pytać o niego i przygotowania do ślubu. I co ja im wszystkim odpowiem? Nawet ból po wyrwaniu wszystkich zębów naraz nie jest porównywalny z tym, co ja teraz czuję.

Siedziała taka zbolała na krześle, wciąż męcząc pluszowego misia. Na przemian dusiła go i próbowała wydłubać mu oko. W końcu po podłodze potoczył się bursztynowy koralik. Miś oślepł. W miejscu, w którym przedtem było oczko, wystawało białe wypełnienie i strzępki nitek. – Au – krzyknęła – jeszcze złamałam paznokieć! – siedziała skulona i pochlipywała. Raz spoglądała na misia bez oka, a raz na złamany paznokieć. Co jakiś czas przykładała dłoń do policzka, kiedy bolący ząb przypominał o sobie. Wtedy weszli pacjenci. Nagle zrobiła się kolejka i nieodłączne lekkie zamieszanie. Wśród pacjentów stała pani Helena, mama dziewięciorga dorosłych „dzieciów”, jak miała w zwyczaju nazywać swoje pociechy. Ale pociechy z nich, niestety, nie miała, bo każde żyło własnym życiem z dala od matki. Tę Wigilię, jak wiele poprzednich, pani Helena też miała spędzić sama. Wstąpiła do apteki złożyć życzenia. Popatrzyła na zapłakaną dziewczynę z jednookim misiem i ze złamanym paznokciem i rzekła: Nie płacz piękna, do wesela się zagoi. Dziewczyna z płaczem wybiegła z apteki.

komentuj 0 komentarzy

Słuchać serca czy rozumu?

Czego należy się słuchać: serca czy rozumu? Czy być człowiekiem czy podporządkowanym bezwzględnie władzy ustawodawczej pracownikiem systemu ochrony zdrowia?

Po raz kolejny spotkałam się w pracy z tym dylematem, a wszystko dzięki nabrzmiałemu w ostatnich tygodniach tematowi „różnych charakterów pisma na recepcie”. Zgodnie z ustawą o zawodzie lekarza i lekarza dentysty, osobą uprawnioną do wypisywania recept jest wyłącznie lekarz. W praktyce jednak wygląda to tak, że lekarze korzystają z pomocy pielęgniarek lub asystentów (pań w rejestracji czy lekarzy stażystów). Sytuacja komplikuje się w momencie, kiedy do apteki przychodzi pacjent z wypisaną nieprawidłowo (w świetle rozumienia ustawy) receptą. Najprostszym rozwiązaniem jest przyjąć receptę do realizacji i liczyć na to, że NFZ jej nie zakwestionuje. To jest jednak bardzo naiwne myślenie. Drugim rozwiązaniem jest odesłać pacjenta „do poprawy” z powrotem do lekarza, ale przecież to nie pacjent zawinił, więc czemu ganiać chorego człowieka. Ostatnim rozwiązaniem jest podejść samemu z wadliwą receptą do lekarza i uprzejmie poprosić o prawidłowe wypisanie.

Otrzymawszy kolejną nieprawidłowo napisaną receptę postanowiłyśmy z koleżankami wypróbować opcję serca i rozumu.

Jako pierwsze zabrało głos serce. Wzięłam receptę i poszłam ją poprawić. Odstawszy swoje w kolejce (przede mną było dwoje chorych ludzi i dwóch przedstawicieli) wkroczyłam pewnie do gabinetu Pani Doktor. Starsza Pani popatrzyła na mnie badawczym wzrokiem spod okularów i ze sztucznym uśmiechem na ustach spytała o co chodzi. Kiedy powiedziałam, że przyszłam poprawić receptę, od razu zaczęła krzyczeć: Jak ja was nienawidzę farmaceuci! Wiecznie macie jakieś problemy z tymi receptami, ciągle mi głowę zawracacie. Krzyczała dosyć długo. Jak spostrzegła, że absolutnie nie robi to na mnie wrażenia, w drodze łaski i wyjątku zgodziła się przybić pieczątkę w miejscu, w którym dane pacjenta wpisała pielęgniarka. Na koniec dodała, że i tak będzie nadal wypisywała recepty w ten sposób, bo robi tak od lat. Wyszłam z gabinetu oszołomiona ignorancją z jaką można podejść do tematu. To tak jakby każdy kierowca jeździł z prędkością 80 km/h w terenie zbudowanym, bo tak jest szybciej. Oczywiście, że jest szybciej, ale inaczej stanowi obowiązujące prawo. Przecież większość kierowców to doskonale wie.

Głos zabrał rozum. Kolejny pacjent z nieprawidłowo wypisaną receptą. Pomna ostatnich wydarzeń zasugerowałam Panu, żeby cofną się do lekarza i poprosił o przybicie pieczątki tam, gdzie trzeba, abym mogła zrealizować receptę. Po dwóch godzinach znowu trzymałam w rękach ten sam arkusz papieru, tym razem bogatszy o cenny stempelek. Widać było po Panu, że poprawka kosztowała go wiele wysiłku. Na koniec powiedział: Poprawiłem, ale żona z dzieckiem od 2 godzin marzną w samochodzie. Rozum triumfował, bo to nie ja biegałam za lekarzem, ale serce zawyło.

Nie ma idealnego wyjścia z tej sytuacji. Można brać pod uwagę pełnopłatne wydanie leku, ale bardzo często dotyczy to recept na leki w dużym stopniu refundowane. Co z przypadkami pacjentów jeżdżących setki kilometrów do specjalistów i przywożących wadliwe recepty do swoich miejscowości? Może znacie jakieś dobre rozwiązanie? Czym się kierować: sercem czy rozumem?

komentuj 0 komentarzy

Zdjęcia RTG

Kiedy już wybiła punkt 19, podłoga lśniła czystością, a moje myśli były skierowane ku domowym pieleszom. W momencie, kiedy zamykałam drzwi, zobaczyłam stojącego w strugach deszczu chłopaka. Ręce miał złożone jak do modlitwy i prosił, żeby mu koniecznie otworzyć. Nie miał co prawda w ręce recepty, ale widać było, że jest w potrzebie. Krzyknęłam do koleżanki przy okienku, żeby nie wyłączała komputera. Otworzyłam młodzieńcowi. Wtoczył się powoli razem z rowerem do środka pozostawiając po sobie kałużę niemal jak Morze Czerwone. Otrzepał się z wody i zapytał: „Przepraszam, czy nie wie Pani jak dojechać do ulicy Roentegena, tego od zdjęć RTG?”.

 

komentuj 0 komentarzy

Wspomnienie lata

Jest to wspomnienie nie takie zwyczajne, bo nie ma w sobie szumu fal oceanu ani szemrania górskiego potoku. To wspomnienie o smaku ogórków kiszonych. Któregoś pięknego , letniego dnia odwiedziła naszą aptekę starsza Pani. Podała receptę i cierpliwie czekała aż przyniosę wszystkie zapisane na niej specyfiki. Nie było tego dużo. Kiedy podałam jej leki i poinformowałam ile ma do zapłacenia, Ona wyjęła z torby słoik ogórków kiszonych domowej roboty i powiedziała: „Teraz się wymienimy”. Postawiła go na blacie, zabrała leki, po czym najspokojniej w świecie wyszła. Wprawiła mnie w lekką konsternację tym zachowaniem, ale przystałam na jej propozycję. Koszt leków nie był wysoki, a wybrnięcie z całej sytuacji zahamowałoby ruch kolejki na bardzo długo. Powiem na ten temat jeszcze tylko tyle’ że ogórki były pyszne, a sok doskonale gasił pragnienie w upalny dzień. Pani najwyraźniej znała się na rzeczy.

Przepis na pyszne ogórki kiszone.
Zebrane w ciepły lipcowy poranek ogórki myjemy dwukrotnie w zimnej wodzie. Do wymytych i wyparzonych słoików wrzucamy po 3 ząbki czosnku i trochę suszonego kopru włoskiego. Układamy ogórki. Jeżeli zależy nam, aby szybko się ukisiły, należy poobcinać końcówki z dwóch stron ogórka. Zalewamy  gorącą zalewą przygotowaną według przepisu: pięć płaskich łyżeczek soli na litr wody. Słoiki zakręcamy i ustawiamy dnem do góry. Smacznego

komentuj 0 komentarzy

Gołąbki


Starsza kobieta klęczała przed Panem od Gołębi i, zalewając się łzami, całowała go po rękach.
Pani magister, czy widziała pani, jak bardzo brudzą te okropne gołębie?! Toż to tylko choróbska roznoszą, a ja się tak o te moje dzieci boję, żeby czegoś nie złapały. Przeganiam ptaszyska codziennie, a one wracają. Założyłem już nawet kolce na parapecie i rozwiesiłem druty, żeby tylko sobie poleciały paskudy jedne. Co z tego, że ja tak bardzo dbam o to, żeby ich tu nie było, skoro ten pan ciągle je dokarmia. Tyle razy go przeganiałem razem z tymi jego pierzakami – dziada jednego starego, a on dzień w dzień przychodzi tu i rozsypuje kaszę, chleb i kto go tam wie, co jeszcze. Jest tak punktualny, że można zegarki nastawiać. Po co ten człowiek życie marnuje na te wstrętne ptaki?! Widziała pani, jaki obszarpany jest i zaniedbany? Nic na niego nie działa: ani  jak na niego krzyczę, ani nawet jak mu te gołębie potrułem. On tylko się łagodnie uśmiecha albo patrzy ze łzami w oczach, kiedy na niego krzyknę! Już nie mam na niego pomysłów – narzekał sąsiad.

Faktycznie, codziennie można spotkać w pobliżu naszej apteki nietuzinkową postać. Wysokiego, dobrze zbudowanego mężczyznę, ubranego w ciemny płaszcz, kroczącego spokojnie od trawnika do trawnika i rozsypującego pożywienie dla ptaków. Ten starszy człowiek ma w sobie siłę i łagodność. Ze zniszczonego, skórzanego nesesera wykłada porcje ptasich przysmaków i patrzy, jak jego podopieczni pałaszują. Kiedy przechodzi, zewsząd pojawiają się skrzydlaci przyjaciele. Wiatr unosi pióra, które zostają na chodniku po przejściu tego niezwykłego korowodu. Widok ten tak bardzo spowszedniał okolicznym mieszkańcom, że nikogo już właściwie nie dziwi. Tym bardziej nikt do tej pory nie zadał sobie pytania, kim jest ten niezwykły człowiek, który nie opuścił ani jednego dnia (czy słońce, czy deszcz), żeby nakarmić gołębie. Bo to właśnie głównie gołębie przybywają na ucztę.

Od kiedy na receptach pojawiły się pesele, aptekarze wiedzą oprócz tego, gdzie pacjent mieszka i jak się nazywa, także to, w jakim jest wieku. Taką też wiedzę posiadłyśmy i my, realizując recepty przynoszone przez Starszego Pana. Ptasi opiekun przyjeżdżał z daleka i mało kto domyśliłby się, patrząc na niego, że ma ponad 80 lat. Sprawiał wrażenie człowieka żyjącego w pełnej harmonii z naturą i pogodzonego z losem. Zawsze emanował spokojem. Miał tak jasne oczy, wydawało się, że ich błękit zlewa się w jedność z siwizną jego włosów. Niezależnie od pogody, zawsze ubrany w ciemny płaszcz jak w służbowy uniform, kroczył spokojnie. Nie mogę zgodzić się z sąsiadem, że był człowiekiem zaniedbanym. Wielokrotnie przyjmowałam od niego recepty, widziałam jego zadbane dłonie. Miał wyjątkowo piękne, smukłe palce. To wszystko sprawiało, że nie sposób było go nie zauważyć.
Któregoś dnia w okolicach południa wszedł do apteki ów tajemniczy miłośnik gołębi. Podał receptę i cierpliwie czekał, aż przyniosę wszystkie przepisane pozycje. Kiedy wróciłam z zaplecza, moim oczom objawiła się niesamowita scena. Starsza kobieta klęczała przed Panem od Gołębi i, zalewając się łzami, całowała go po rękach. On próbował ją podnieść z ziemi i uciszał. Sprawiali wrażenie jakby się znali, ale takie powitanie było co najmniej krępujące. Po chwili sytuacja jakby się ustabilizowała. Oboje siedli przy stoliku i zaczęli rozmawiać. Pan przeprosił i powiedział, że odbierze leki jutro. Za chwilę wstał, pożegnał się bardzo elegancko ze wszystkimi i wyszedł.

Pani poprosiła o szklankę wody i postanowiła chwilę ochłonąć z emocji. Po jakimś czasie wstała z krzesła i podeszła do okienka. Była jeszcze lekko zdenerwowana. Przeprosiła za zamieszanie, jakie wyniknęło z powodu jej zachowania, i cichym głosem opowiedziała, skąd zna Pana od Gołębi. Okazało się, że ów Pan jest emerytowanym lekarzem, specjalistą ginekologiem-położnikiem. Po wojnie odbywał staż w szpitalu w okolicach Wrocławia, był wtedy młody i jeszcze mało doświadczony, natomiast miał cechę najważniejszą dla lekarza – szanował pacjenta i widział w nim człowieka. Ze względu na specjalizację, jaką wybrał, było to szczególnie cenne. Widział w pacjentce kobietę i jej ludzkie emocje: strach, czasem rozpacz. Potrafił okazać serce w chwilach dla niej najtrudniejszych, nigdy się nie poddawał i walczył do końca o każde życie. Mówił, że „zawsze jest czas, żeby się poddać”. To właśnie powtarzał przed laty pani, którą spotkał w naszej aptece, kiedy kolejne ciąże kończyły się niepowodzeniami. Potrafił przyjść w nocy do sali, kiedy płakała, i potrzymać ją bez słowa za rękę. Nakłaniał do kolejnych prób. W końcu, kiedy się udało, był przez cały czas przy niej, kiedy rodziła prawie przez dwa dni. Ludzie wiedzieli, że nieważne czy słońce, czy deszcz on, jak obieca, to będzie. Tą niezłomnością i wytrwałością zarażał innych. Po kilku latach pracy w podmiejskim szpitalu dostał ofertę zagranicznego kontraktu. W czasach PRL-u była to ogromna szansa. Skorzystał z niej. Poświęcił się całkowicie pracy, zaniedbując życie osobiste. Kiedy przeszedł na emeryturę, wrócił do Polski. Pani magister, ja te oczy to poznałabym wszędzie, to bardzo dobry człowiek, On mi życie uratował, mnie i mojemu dziecku – opowiadała wyraźnie wzruszona pacjentka. Wie pani, co On mi zawsze mówił, jak traciłam kolejne ciąże? Że Dusze Aniołków jak gołębie lecą do nieba…

komentuj 0 komentarzy