Blog Z Apteki pod Liściem Szerokim

RSS

Matki Królów

 

To poproszę dla Księcia Kaspiana, a to dla Króla Artura – powiedziała młoda kobieta, uśmiechając się przy tym tak pięknie. Ubrana w dres. Z krótko przyciętymi włosami, z delikatnym makijażem, ale bez tipsów czy nawet pomalowanych paznokci, wyglądała jak nastolatka. To jedna z mam dzieci, które przebywają w pobliskiej klinice. To jedna z tych mam, którym obce są zwątpienie i brak nadziei, a siłą jest ich miłość.
Po czym można poznać, że to Matka Króla lub Królewny?

Matki Królów nigdy nie przestają się uśmiechać. Są doskonale zorganizowane i zawsze bardzo się spieszą (bo niosą na oddział np. gorące rogaliki prosto z piekarni lub tubkę kleju, którego zabrakło podczas zabawy w wyklejanie masek albo obrazków). Doskonale wiedzą, gdzie jest najbliższy sklep spożywczy i jak długo jest otwarty. Wiedzą, gdzie jest najbliższy bar z pierogami i sklep z zabawkami, o aptece już nawet nie wspomnę.

Robią rozpoznanie terenu szybciej niż zawodowy żołnierz. Potrafią także przetrwać bez jedzenia i picia, bez chwili snu i z tym uśmiechem na ustach dłużej niż nie jeden komandos, najemnik lub po prostu zawodowy wojskowy. Mają też inną cechę. Przy całym tym zorganizowaniu i energii, która od nich bije, są jednocześnie uzbrojone w ogromne pokłady cierpliwości i spokoju, ale ich podstawową bronią jest po prostu bezgraniczna miłość do ich dzieci.
Ich dzieci to nie tylko te, z którymi przybywają do kliniki. Po jakimś czasie także wszystkie inne maluszki, które spotykają na oddziale, są dla nich prawie tak samo ważne. Płacz obcego dziecka w nocy budzi je tak samo jak ich własnego. Podbiegają i odruchowo przytulają wszystkie skarby, które tego potrzebują. Kiedy czytają bajki lub śpiewają piosenki, zawsze robią to z myślą o wszystkich dzieciach. Kiedy przynoszą coś interesującego na oddział, to zawsze dla wszystkich. To właśnie na oddziale stają się sobie bliskie jak rodzina. Dzielą się ze sobą, czym tylko mogą. Wspierają w najdrobniejszych sprawach. Porozumiewają się czasami bez słów. Już po pierwszym wspólnie spędzonym dniu w ciasnych salach szpitalnego „więzienia” odnajdują we współlokatorkach bratnie dusze.

Rano bez pytania zalewają od razu dwie kawy, bo wiedzą, że koleżanka z sali też chętnie się napije. Po południu na zmianę wychodzą do pobliskiego baru po coś ciepłego do jedzenia. Potem, także na zmianę, wychodzą i jedzą w ukryciu przed dziećmi. Dania typu fast food nie są czymś wskazanym dla małych brzuszków. Wieczorem ustawiają się w długiej kolejce do łazienki dla rodziców, żeby po całym dniu skorzystać z luksusu szybkiego prysznica. Zajmują sobie kolejkę jak w czasach PRL po towar reglamentowany, którym w tym wypadku jest ciepła woda.
­
Nocą rozmawiają. Nie ma tematów tabu lub pytań bez odpowiedzi. Jakimś zrządzeniem losu doskonale się rozumieją. Kto lepiej zrozumie matkę z lękiem patrzącą na śpiące, chore dziecko niż inna matka dokładnie w tej samej sytuacji? Czas na ten lęk jest tylko w nocy, kiedy nikt nie widzi. Kiedy dzieci tego nie zobaczą i nie wyczują. Wtedy też mogą sobie Matki Królów pozwolić na uwolnienie emocji i skroplenie ich w postaci najczystszych matczynych łez. Czasami płaczą głośniej i dłużej niż ich dzieci, które w ciągu dnia były poddawane bolesnym lub tylko nieprzyjemnym i niezrozumiałym dla nich badaniom.

Matki Królów podczas tych badań robią wszystko, żeby malca uspokoić, ale w środku płaczą razem z nim. Kiedy wstaje kolejny dzień, one przybierają na nowo słoneczny, promienny wyraz twarzy. Po nieprzespanej nocy pozostają tylko lekko zarysowane pod oczami półksiężyce. Mimo bólu pleców lub innych części ciała, po nocy spędzonej na szpitalnej podłodze, stają wyprostowane i gotowe do walki. Nie zwracają uwagi na ból ramion albo ból głowy u siebie, bardziej odczuwają pobieranie krwi u dziecka i bardziej boli je ta maleńka kropeczka na przegubie maleńkiej rączki.

Pani magister, czy ma pani smoczek z hipopotamem? Jeśli nie ma, to czy może mi go pani sprowadzić z hurtowni, ale koniecznie z hipopotamem, takim niebieskim, bo to dla tej maleńkiej Asi. Gdzieś zgubiła swój, a ten, który kupiłam ostatnio, jest ze słoniem, a miał być z hipopotamem – poprosiła młoda kobieta ubrana w dres, z krótko przyciętymi włosami. Uśmiechała się przy tym tak pięknie.
Siłą, która pozwala wszystko przetrwać Matkom Królów, jest miłość do ich dzieci.

komentuj 1 komentarz

Długi weekend

- Hurra! Długi weekend! – rzekła moja znajoma. – Teoretycznie, biorąc tylko trzy dni urlopu, można mieć aż dziewięć dni wolnego, słyszałaś?- pytała.
- Pewnie, że słyszałam, tylko, że ktoś musi w te dni „wolne” pracować.
- To się zanudzisz, jak wszyscy pacjenci wyjadą. – kontynuowała. – Co ty będziesz robiła w tej pustej aptece przez tyle godzin?
- Jak to co? – zdziwiłam się. Będę pracowała. – odpowiedziałam zgodnie z prawdą. – Uwierz mi, że w takie „ wolne” dni dzieje się czasami o wiele więcej niż w powszednie. – dodałam.

Sięgając pamięcią wstecz przywołałam w myślach taki wolny dzień, którego nie da rady tak łatwo zapomnieć.
To był dzień teoretycznie wolny, właśnie taki jak dni między pierwszym, a trzecim maja. Niby pracujący, ale jakby pracowników nie było. Na swoich stanowiskach pozostali tylko ci, którzy „ustawowo” pracować muszą lub pracują w tak zwanym sektorze usługowym, czyli farmaceuci też ( i z mocy ustawy i rozsądku).

Słonko świeciło pięknie i zachęcało do podejmowania działań zawodowych. Tym bardziej ochoczo podeszłam do drzwi wejściowych apteki, aby o odpowiedniej godzinie otworzyć je, w celu udostępnienia usług świadczonych w tym miejscu. Kiedy chwyciłam za klamkę, zobaczyłam, że w tym samym momencie  z drugiej strony chwyta za nią znajoma postać. Młody chłopak z baru mieszczącego się na końcu ulicy. Tylko, że jakiś taki był nienaturalnie blady. Wszedł wolnym krokiem i zanim zdążyłam zapytać jak mogę mu pomóc, on już siedział na krześle dla pacjentów i zalewał podłogę krwią. Okazało się, że przyczyną, która go do nas sprowadza jest rozcięty palec. Jakieś niefortunne posunięcie kuchennym nożem spowodowało naruszenie ciągłości skóry i w konsekwencji doprowadziło do całkiem obfitego krwawienia. Trzeba było działać szybko i sprawnie. Rana wyglądała na tyle poważnie, że wymagała konsultacji chirurga. Moja pomoc sprowadziła się tylko do opatrzenia rany i skierowania młodzieńca na pogotowie. Chłopak jednak nie chciał nigdzie jechać, mówił, że jest tego dnia w pracy całkiem sam. Posiedział jeszcze chwilę po czym wolnym krokiem udał się w stronę baru.
Kiedy wychodził minął się w drzwiach z kolejnym pacjentem, który już od progu krzyczał, że potrzebuje coś do hamowania krwawienia, tylko szybko! Nerwowo przebierał nogami i niechętnie odpowiadał na pytania pomocnicze o miejsce i siłę krwawienia. Bogatszy o podstawowy zestaw opatrunków zlecanych do hamowania krwawienia wybiegł z apteki.

Nie minęło pięć minut, kiedy wrócił wbiegając jeszcze szybciej, poprosił o „ jeszcze raz to samo”i znowu zniknął. Robiło się coraz bardziej interesująco. To był dopiero ranek, a tu już dwóch takich ciekawych pacjentów. Nie zdążyłam  dokończyć myśli, kiedy w drzwiach pojawił się kucharz z baru, mówiąc, że opatrunek mu przecieka i robi mu się słabo i chce wody, a do pracy to nie ma siły dojść i chce sobie jeszcze posiedzieć w aptece. Usiadł. Dołożyłam kolejną warstwę bandaża na rozcięty palec i zaczęłam od nowa przekonywać młodzieńca, że dobrze by było, żeby pojechał do lekarza, że:” pogotowie mu pomoże….”. Wbiegł po raz trzeci pan, który także hamował jakieś krwawienie, tylko gdzieś za rogiem, bo za każdym razem kiedy coś kupował pędził do końca ulicy i skręcał w prawo. Tym razem poprosił o opatrunek w sprayu i jeszcze raz to samo, czyli gazę i bandaże, które brał poprzednio. Jemu także zasugerowałam, że lepiej żeby sprawą krwawienia zajęło się pogotowie. On mi odpowiedział, że pogotowie już było i powiedziało, że nie są w stanie nic zrobić. Zabrał zakupy i wybiegł. Znowu zniknął za rogiem, a tymczasem kucharz zaczął słabnąć, jakiś taki sino –zielony się zrobił, ale upór dalej go trzymał w aptece, zamiast pchać w stronę lekarza. Teraz jeszcze miał argument, że pogotowie nie było w stanie nic zrobić z krwawieniem u tego drugiego pacjenta. Przecież słyszał , co powiedział ten drugi pan.

Robiło się coraz bardziej nieciekawie. Pacjenci, którzy wchodzili do apteki dziwnie spoglądali na bladego kucharza, a on odmawiał podjęcia rozsądnych kroków, z których najwłaściwszym było udać się w końcu na pogotowie. Siedział taki biedny wpatrując się w swój palec owinięty kilkoma warstwami opatrunku, który i tak robił się coraz bardziej czerwony. Ja nie mogłam się skupić na obsługiwaniu ludzi, którzy jak na złość zaczęli się akurat teraz schodzić. Po raz kolejny w aptece pojawił się pan od opatrunków. Tym razem już był spokojny -Udało się- powiedział- sytuacja opanowana, zabieramy pacjenta we właściwe miejsce. Pomyślałam, że to cud, genialnie! Od razu wpadłam na rewelacyjny (tak mi się wydawało) pomysł, że panowie mogli by także zabrać do lekarz kucharza z rozciętym palcem. Od razu zapytałam, czy istnieje taka możliwość. Pan od opatrunków zrobił bardzo zdziwioną minę. „Przecież on żyje”- powiedział patrząc na kucharza. Teraz to ja się zdziwiłam. Pan od opatrunków podał mi wizytówkę i poprosił o wypisanie faktury na rzeczy, które kupował. Na wizytówce grubymi czarnymi literami było napisane Zakład Usług Pogrzebowych…

Po chwili wszystko było jasne. Panowie z Zakładu Pogrzebowego zostali wezwani do zabrania ciała zmarłego, który doznał urazu głowy. Przez cały czas, kiedy ja walczyłam z rozciętym palcem kucharza, panowie w sanitarce stojącej za rogiem, walczyli z rozciętą głową nieboszczyka. Kucharz przysłuchiwał się  uważnie. Kiedy pan z zakładu pogrzebowego odwrócił się do niego z pytaniem, czy może go gdzieś podwieźć , chłopak dostał takiego przypływu sił życiowych, że przyspieszonym krokiem opuścił aptekę, krzycząc już w drzwiach, że „jedzie do lekarza”. Wypisałam spokojnie fakturę. Kiedy pan od opatrunków wyszedł, oparłam się o blat pierwszego stołu, całkowicie pozbawiona sił do jakichkolwiek działań.

Modliłam się, żeby nikt nie przychodził, żeby mieć chwilę spokoju. Zawiesiłam wzrok na jegomościu opartym o witrynę apteki. Pan spokojnie popijał napój w kolorze złota. Lekko chwiejąc się raz w jedną, a raz w druga stronę balansował ciałem tak, aby z puszki z napojem nie wylać przypadkiem cennej, bo złotej zawartości. W pewnym momencie pan zachwiał się mocniej niż przedtem i z impetem zderzył się z brukiem. Przez chwilę wydawało mi się że to tylko moja wyobraźnia spłatała  figla, ale otrzeźwienie przyszło dość szybko, kiedy usłyszałam krzyki ludzi: „wołajcie pogotowie, on ma atak padaczki!”…
Pogotowie przyjechało bardzo szybko, na szczęście dla wszystkich.

Czy to jest możliwe, żeby tyle różnych zdarzeń miało miejsce w  jednym miejscu i w tak krótkim czasie? Możliwe. Dlatego, kiedy ktoś mnie spyta, co będę robiła w taki „wolny” dzień w aptece, odpowiem, że będę pracowała.

komentuj 0 komentarzy

Pole manewru

Coraz częściej do języka, którym posługujemy się w aptece, wkrada się słownictwo do niedawna używane raczej jako słowa określające działania wojenne, no może czasem jako opisy z pola bitwy. Czy to jest tylko czysty przypadek, czy może coś poważniejszego?

Żeby takim polem bitwy było miejsce, w którym z założenia dominują idee humanitarne, takie jak: chęć niesienia pomocy, ratowanie życia i zdrowia. Coś tu chyba jest nie tak?

Mamy już od pewnego czasu: strategie marketingowe, które do niedawna miały pomnażać zyski właścicieli aptek, a od niedawna pomagają po prostu przetrwać na rynku. Mamy potyczki z pacjentami przy pierwszym stole i manewry z przedstawicielami handlowymi. Dzięki odpowiednio prowadzonej grze strategicznej albo możemy zyskać albo stracić. Stosujemy broń w postaci technik perswazji i uników psychologicznych. Jest też bitwa o pacjenta i batalia z konkurencją. Udziały w rynku zdobywa się tak, jak podbija się małe państewka będąc najeźdźcą, bo przecież komuś innemu ten teren się zabiera.

Jest też oczywiście nasze ulubione pole manewru. Jakie mamy ostatnio? Na półkach w aptekach pojawiają się coraz to nowe piąte czy dziesiąte odpowiedniki tych samych leków, których na nic nie można zamienić. Różnią się od siebie ceną (często tylko o grosz, ale niekoniecznie poniżej limitów) i kolorem opakowania. Przy okazji zmiany mogą wejść albo zdezerterować z listy leków refundowanych. Z drugiej strony brakuje w hurtowniach leków naprawdę potrzebnych. Dlaczego te leki nie docierają na front, czyli tam gdzie są niezbędne do ratowania życia?
Realizacja zamówienia wymaga odpowiedniego przemyślanego podejścia, bo słyszymy, że „towar jest reglamentowany”. Co to za zjawisko w czasach pokoju?
Uzbrojeni po zęby w cierpliwość i dobrą wolę ciągle działamy strategicznie, jednocześnie widząc, że wiele naprawdę istotnych spraw jest ukrytych pod siatką maskującą.

Mam nadzieję, że za jakiś czas nie skończy się to tym, że w aptekach, za pierwszym stołem, będziemy spotykać ludzi, którzy na pytanie o to, kim są, będą odpowiadać: jak to kim, nie widzi pan? Napoleonem.

komentuj 0 komentarzy

Tradycja

 

Zaraz po Świętach Wielkanocnych przyszła do nas refleksja. Krążyła po aptece, co jakiś czas dochodząc do głosu, w tak zwanych przerwach „między pacjentami”.
Dyskusję rozpoczęła Pani Kierownik: „Wiecie, kiedyś to do Świąt Wielkanocnych przygotowania zaczynano już zaraz po Święcie Trzech Króli. Teraz tylko trzy dni przed świętami robi się wielkie porządki, wielkie zakupy i wielkie gotowanie, a potem następuje długi weekend”.  W sumie to faktycznie teraz tak to wygląda, ale na pewno są jeszcze domy, w których pieczołowicie pielęgnuje się zwyczaje sprzed wielu lat.

Potem temat zrobił się bliższy żołądkowi, również jako refleksja poświąteczna: „To jedzenie, które jest teraz w sklepach, to sama chemia. Z białej kiełbasy wycieka woda, a pieczona karkówka rośnie, zamiast się kurczyć podczas pieczenia. Coś co do niedawna było elementem składu leków, stało się tak powszechne w produkcji żywności (metyloceluloza). No i te słodycze dla dzieci pełne sztucznych barwników”.

W końcu doszłyśmy do tematu najbliższego naszym sercom w aptece, czyli tego, jak bardzo zmieniała się rola farmaceuty w ostatnich czasach. Rola to jedno, a drugie to praca w codziennym wydaniu. Zrobiło się smętnie. Co zrobić, czy w ogóle coś robić, jak zmienić i kogo zmieniać, czy w ogóle ktoś jeszcze chce się zmieniać?
Tyle można posłuchać na temat tego, że nasz zawód sprowadza się tylko do roli sprzedawcy magicznych cukierków, albo strażników państwowych pieniędzy przeznaczonych na refundację leków. Czy w dzisiejszych czasach mamy możliwość dzielenia się naszą farmaceutyczną wiedzą, tak jak robili to farmaceuci w dawnych czasach, kiedy ich wiedza była bezcenna?

Opowiadanie o tym, jak to było kiedyś, przeplatane z refleksją na temat rangi zawodu farmaceuty i jego znaczenia w społeczeństwie, zaczęło przedstawiać naszą rolę obecnie tak jakoś mało znacząco…
„O nie!” – odezwałyśmy się zgodnym chórem. Czy trzy osoby to już chór? Czy nasz pogląd podziela większa liczba farmaceutów?
„Przecież farmaceuta potrafi, prawda?” Rzekła Pani kierownik. „W nasz zawód wpisana jest tradycja, wystarczy tylko poszukać do niej na nowo drogi, a jak już się ją znajdzie to dokładnie tamtędy iść”.
Co do chemii w żywności pewnie też są jakieś sposoby. Czemu dawać własnemu dziecku lizaka ze sklepu czy cukierki, skoro każdy farmaceuta potrafi takie rzeczy wykonać samodzielnie.

Wróciłam do domu z myślą o tradycji krążącą ciągle po mojej głowie. W sobotę postanowiłam zrobić samodzielnie lizaki. Obok mnie stała Pani Kierownik, strażnik tradycji – Moja Mama.

Przepis na lizaki podany w jednostkach absolutnie niefarmaceutycznych to też element tradycji. W ten sposób lizaki przygotowywała Moja Babcia- Mama Mojej Mamy.

Przepis:
Pół szklanki cukru
1 łyżeczka miodu
1 łyżeczka syropu z czarnej porzeczki( syrop może mieć dowolny smak)
Masło do posmarowania deski, lub talerza
Patyczki (najlepsze są drewniane patyczki do szaszłyków, pozbawione ostrej końcówki i pocięte na trzy części)

Przygotowujemy dużą kamienną deskę lub duży talerz a także foremki do wykrawania ciastek oraz patyczki.
W rondelku rozgrzewamy cukier. W zależności od czasu ,jaki poświęcamy na tą czynność, możemy uzyskać masę cukrową, która jest jasna i przeźroczysta albo masę ciemną, karmelową, kiedy cukier się spali. Do stopionego cukru dodajemy łyżeczkę miodu i łyżeczkę soku z porzeczki. Mieszamy. Wszystkie czynności wykonujemy bardzo powoli i ostrożnie, bo gorąca masa jest trudna do usunięcia ze skóry. Kolejną wskazówką jest przygotowywanie masy raczej na kuchence elektrycznej niż gazowej.

Gorącą masę wylewamy do ułożonych na posmarowanej tłuszczem desce foremek. Czekamy chwilę, aż masa stężeje. Kiedy zobaczymy, że masa jest plastyczna i nie wyleje się po lekkim uniesieniu, podkładamy pod foremki patyczki. Jeżeli mamy dwie takie same foremki, można pokusić się o umieszczenie patyczka między nimi i stworzyć dwustronnego lizaka. Deskę z umieszczonymi na niej lizakami wkładamy do lodówki i chwilke czekamy.
Po około 15 minutach mamy zdrowe, bez chemicznych, sztucznych barwników lizaki.

Farmaceuta potrafi! Smacznego!

komentuj 0 komentarzy

Praca, którą kocham

 

 

Czy nie jest panu ciężko z tą torbą? – zadałam nie bardzo mądrze brzmiące pytanie panu, który wszedł do apteki. Tym razem to ja pierwsza zaczęłam rozmowę. Chociaż raz to mnie udało się pierwszej zaczepić rozmówcę, zazwyczaj jest odwrotnie. Jeszcze nie zdążę otworzyć ust, a już słyszę pozdrowienia z ust tego pana.

Widujemy się prawie codziennie, a mimo wszystko przez tak wiele lat stanowił dla mnie zagadkę. Czy wiemy, jak wygląda codzienna praca listonosza? Co może być niezwykłego w roznoszeniu poczty, doręczaniu przesyłek? A może jednak jest coś, skoro niosąc czasami kilometrami ciężką torbę, mają jeszcze siłę, żeby obdarować uśmiechem każdą napotkaną osobę? Oczywiście, większość tych osób już znają z widzenia, bo przecież te same twarze mijają czasami codziennie, a czasami raz na jakiś czas, ale jednak z pewną regularnością.

Pan Listonosz i ja mamy jedną wspólną cechę. Jesteśmy z natury okropnymi gadułami. Zazwyczaj nie wystarcza nam zwykła wymiana uprzejmości. Cierpimy na wiecznie niezaspokojony głód kontaktu z drugim człowiekiem. Bywa to trochę męczące, ale daje bardzo wiele radości. Nie ma nic bardziej przyjemnego niż odwzajemnione uśmiechy ludzi, z którymi się widzimy.
Przez wiele lat zdążyliśmy poruszyć już milion tematów. Od pogody zaczynając, zahaczając o zdrowie z racji miejsca, w którym się zazwyczaj spotykamy, a na bieżących wydarzeniach społeczno-polityczno-kulturalnych kończąc. Czasami nasze dyskusje wkraczały w takie rejony naukowe, że wymagały ode mnie uzupełniania wiedzy z dziedziny chemii lub fizyki. W pewnym momencie zaczęłam się zastanawiać, skąd pan Listonosz ma taką wiedzę np. na temat fraktali.

Któregoś dnia nie wytrzymałam i postanowiłam zapytać wprost. Pan Listonosz uśmiechał się tajemniczo, trochę mnie zwodził, ale w końcu opowiedział mi swoją historię. Jak się słusznie domyślałam, miał jednak coś wspólnego z nauką. Przez wiele lat pracował jako nauczyciel akademicki i adiunkt na jednej z uczelni technicznych. Zajmował się właśnie wspomnianymi już strukturami fraktali. Nie zagłębiając się w szczegóły, jego praca polegała na badaniu tego typu struktur występujących w naturze. Całe dnie i czasami noce spędzał w laboratorium albo studiując „literaturę tematu” – jak to pięknie określił. Tak spędził wiele lat swojego zawodowego życia. W tym czasie odniósł wiele znaczących sukcesów naukowych. Obronił doktorat, potem zrobił habilitację. Szedł typową ścieżką rozwoju naukowego. Jego życie wydawało się pasmem sukcesów. Jednak zaczęło mu w nim czegoś brakować.

Któregoś kwietniowego dnia wyszedł zmęczony wielogodzinnym przeglądaniem efektów swoich działań naukowych. Postanowił odpocząć na świeżym powietrzu. Usiadł na ławce przed instytutem i obserwował studentów korzystających z przerwy w zajęciach. Młodzi ludzie okupowali ławki, murki i trawniki. Cieszyli się wiosennym słońcem i soczystą zielenią trawy. Dostrzegł w nich radość życia, którą on gdzieś zatracił zamknięty w czterech ścianach laboratorium. To była iskra, która rozpaliła w nim chęć zmiany życia na lepsze, inne, takie, które przywróci mu chęć do działania. Postanowił odpowiedzieć sobie na kilka pytań, między innymi na dwa podstawowe: czego nie chcę i czego tak naprawdę pragnę. Podszedł do tematu z naukowym zapałem. Na spokojnie przemyślał sprawę, zrobił bilans zysków i strat, podsumował wszystko i skupił się na wnioskach końcowych.

Wiedział, że chce inaczej żyć, wiedział też, że bez pracy nie będzie umiał funkcjonować. Teraz pozostało mu znaleźć taki zawód, który spełni jego oczekiwania, a mianowicie zapewni mu kontakt z drugim człowiekiem, pozwoli mu spędzać dużo czasu na świeżym powietrzu i dostarczy satysfakcji z wykonywanej pracy. Wtedy przyszła mu do głowy praca listonosza. Czy to w czymś przeszkadza, że osoba roznosząca pocztę ma tytuł doktora habilitowanego? Jemu to w niczym nie przeszkadzało. Postanowił spróbować.

Dość szybko odnalazł się w nowym środowisku. Z dnia na dzień stawał się coraz bardziej szczęśliwy i spełniony. Jego całkiem nowa i jakże odmienna od poprzedniej profesja dawała mu bardzo dużo radości i satysfakcji. Na koniec rozmowy spytałam pana Listonosza, czy nie żałuje, że porzucił pracę naukowca na rzecz roznoszenia poczty. Odpowiedział mi od razu, bez chwili zastanowienia: to jest praca, którą kocham!

komentuj 0 komentarzy

Anioł Stróż

-Pamięta pani, pani magister, jak w zeszłym roku tuż przed świętami rozdarł mi się na pół banknot stuzłotowy i jedna połowa gdzieś mi się zapodziała? Pamięta pani jak go szukałyśmy? Jak sprawdzałam wszystkie torby z zakupami i we wszystkich sklepach, w których wtedy byłam, też pytałam. Przeszłam taki kawał z tymi ciężkimi siatkami, ale opłacało się, bo w końcu się znalazła ta połówka. Tylko jakoś tak do końca nie pasowała do tej, którą miałam w portfelu, ale to nic. Jakoś posklejałam, a potem zapłaciłam nią w tym kiosku z warzywami, w którym się szczęśliwie odnalazła, ta zgubiona połówka, oczywiście. Pamięta pani? To było dokładnie rok temu. Jak ja wtedy płakałam, ale pomodliłam się do Anioła Stróża, że go tak bardzo proszę, żeby ten rozdarty banknot się odnalazł. I odnalazła się. Ciężko by mi było wtedy bez tych pieniędzy.

-Pani magister i w tym roku też się modlę do mojego Anioła Stróża o pomoc. Wie pani, że przerwali moją kurację? Bo wie pani, ja mam raka. No przecież pani doskonale wie. Przerwali tę kurację, bo brakuje tego leku, który ja dostaję. Jak to możliwe, że brakuje w szpitalu lekarstwa? I to takiego! Nie bardzo to rozumiem. Pani magister, a może wy macie w aptece ten lek? Nie macie, bo to tylko na oddziały szpitalne, acha, rozumiem. To ja będę cierpliwie czekała, aż się pojawi. Jakie mam inne wyjście? Oczywiście, cały czas modlę się do mojego Anioła Stróża, tak jak w zeszłym roku. Wtedy pomógł, to i teraz pomoże.
Wesołych Świąt, pani magister.

Wszystkim czytelnikom życzę  zdrowych i spokojnych  Świąt Wielkanocnych.

komentuj 0 komentarzy

Bo ja tak nie lubię, kiedy coś się marnuje

 

 

Korzystając z przerwy śniadaniowej delektowałam się kanapką z pasztetem. Odgryzając kolejny kęs, usłyszałam znajomy, donośny głos, dobiegający z okolic pierwszego stołu. Ten głos niesie za sobą siłę i wolę walki, ten głos to jest oręż groźniejsza niż miecze, ten głos mieszka w ciele drobnej, starszej pani, która używając tego głosu jest w stanie góry przenosić.

Czasami to, co wydaje się takie niepozorne, ma w sobie moc. Owa Starsza Pani ma w zwyczaju mawiać, że „Pan Bóg sprawił, że cała jest malutka, ale ma ogromne serce”.  To prawda, serce ma ogromne i otwarte do ludzi i ten głos, którego brzmienie już niejednemu urzędnikowi zapadło w pamięć.

Kolejnego kęsu mojej kanapki z pasztetem już nie było. Zostałam poproszona do pierwszego stołu, gdzie czekała na mnie Starsza Pani o otwartym sercu i donośnym głosie. Chciała się ze mną podzielić refleksją na temat tego, jak ludzie nie potrafią rozsądnie gospodarować tym, co mają. Chciała też dowiedzieć się, jak można rozwiązać problem. Przyglądała się, jak wiele leków jest wrzucanych do pojemników ustawionych w aptekach. Pozwoliła sobie nawet na rozmowę z osobami, które wkładały opakowania nawet nieotwarte. Pytała mnie, czy to możliwe, że ludzie kupują leki, a potem ich nie zużywają? Z tego co wiem, to wszystko jest możliwe. Czasami po zastosowaniu już pierwszej dawki preparatu okazuje się, że nie wpływa on korzystnie na organizm pacjenta. Zdarza się też i tak, że leki zostają po osobach, którym już nie są potrzebne, jak wszystkie inne „ziemskie” sprawy.

Ale czy nie ma innego wyjścia niż wyrzucanie do kosza tych wszystkich leków? – dopytywała Malutka Pani o ogromnym sercu.  Zgodnie z prawem, preparat, który został wydany z apteki, nie może wrócić do ponownego obrotu. Żyjemy w takich czasach, a nie innych, leki muszą być odpowiednio przechowywane- tłumaczyłam.
„Taka szkoda, takie marnotrawstwo, przecież jest tylu ludzi, którym można by dać te leki. Ja tak nie lubię, jak coś się marnuje. Zobaczymy, co uda mi się z tym zrobić.”

Wierzę tej Pani o walecznym sercu i donośnym głosie, że faktycznie spróbuje coś z tym zrobić, może się uda. Ja też nie lubię, kiedy coś się marnuje. Wróciłam do mojej kanapki z pasztetem. Oczywiście z pasztetem domowej roboty, bo ja nie lubię kiedy coś się marnuje. Pasztet powstał jako „produkt uboczny” niedzielnego rosołu. Oto przepis:
Składniki:
¼ kaczki
2 skrzydełka z kurczaka
podroby: serduszko. żołądek, wątróbka
3 marchewki, pietruszka, seler, cebula
bułka pszenna
jajko
przyprawy: sól, pieprz, gałka muszkatołowa

Nastawiamy najzwyklejszy w świecie rosół. Najpierw obgotowujemy mięso w osolonej wodzie. Zbieramy powstały szum oraz tłuszcz (rosół z kaczki bywa tłusty). Następnie dodajemy jarzyny. W odróżnieniu od tradycyjnego rosołu, nie dodajemy kapusty włoskiej, a zamiast pora proponuję cebulę.
Całość gotujemy tak długo, aż uzyskamy przejrzysty i klarowny płyn, który możemy zaserwować jako rosół drobiowy na obiad, najlepiej z lanymi kluskami.

Odlewamy dwie chochelki rosołu, żeby namoczyć w nim bułkę. Mięso i jarzyny wyjmujemy do osobnej miseczki. Odrzucamy skórę ze skrzydełek i z tej części kaczki, którą ugotowaliśmy. Mięso, jarzyny oraz wcześniej namoczoną bułkę mielimy. Doprawiamy pieprzem, solą i gałką muszkatołową. Mieszamy z jajkiem. Masę przekładamy do formy, którą można wyłożyć cienkimi plastrami słoniny. Pieczemy w temperaturze 170 stopni przez ok. pół godziny. Wyjmujemy z pieca, kiedy poczujemy aromat – to najlepszy wyznacznik.

Ciekawy efekt wizualny uzyskujemy piekąc pasztet w jakiejś mało typowej dla niego formie. Mój przybrał kształt baby wielkanocnej ze względu na zbliżające się święta.

Smacznego!

komentuj 0 komentarzy

Wiosna jest taka piękna, nawet w jesieni życia

- Jakże miło panią widzieć! Dzień dobry droga sąsiadko.
- Ach, witam panią. Co słychać? Czy widziała pani jak się wszystko zieleni?
- Widziałam i tak mnie to cieszy. Pani kochana, ja to myślałam, że już tej wiosny nie dożyję. Tak mi się ta zima w domu dłużyła, a samotność… to już nie powiem. Jak tak sobie człowiek na tej ławce siedzi, to już taki sam nie jest. Ludzie wokoło się kręcą, to jakiś pies przybiegnie, ptaszek przeleci. Mnie to nawet cieszy, że mogę tych listków dotykać. Niech pani zobaczy, kochana, jakie to wszystko się zielone robi. Kiedy tak tu siedzę, to nawet zaobserwuję jak wiewiórki skaczą po drzewach. A niech pani popatrzy, ile w tym roku nowych dzieci na ten plac zabaw przychodzi. Już dawno nie było tak wiele. Te, co pamiętam z jesieni, to powyrastały nie do poznania. A w wózkach jeszcze inne się pojawiły. Kochają się teraz młodzi na potęgę. Dobrze, bo w dzieciach przyszłość.
A widziała pani tych studentów, jak biegają na zajęcia? Ani nawet przez ulicę nie patrzą. Młodzi wiecznie z głowami w chmurach. Pewnie, jak człowiek młody to trosk nie ma, jeszcze zdążą się namartwić w życiu.

Pani kochana, a ja słyszałam, że pani Krysi z pod czwórki zmarło się tej zimy. Szkoda jej. Łatwo nie miała i chorobę ciężką przechodziła.
Jak tak słońce pięknie poświeci to aż się żyć chce. Tyle miesięcy tylko telewizję oglądałam. Denerwowałam się tym, co tam było, a teraz obiecuję, że do jesieni ani nawet na telewizor nie spojrzę. Wiosna jest taka piękna, nawet w jesieni życia.

Ja już swoje przeżyłam i teraz tylko patrzę, jak młodzi się zmagają z tym wszystkim. Niech walczą, docenią to, co mają. Ja miałam dobre życie, a Pan Bóg jeszcze daje. Czy wie pani, że ja to tu chyba w okolicy najstarsza jestem? Pamiętam jeszcze czasy zaraz po wojnie, jak się tu z mężem sprowadziliśmy. Jak to się wszystko budowało. Cegła za cegłą odgruzowywaliśmy miasto. Byliśmy biedni, ale młodzi i szczęśliwi. Wtedy też była wiosna, a potem kolejna i jeszcze jedna. Potem pojawiły się dzieci, a potem wnuki. Chwilę później zostałam sama, bo mój mąż też wiosną odszedł. Zasnął spokojnie i już się nie obudził. Myślę o nim i tak mi lekko, bo wiem, że tam na mnie czeka. A tu jeszcze tyle wspaniałości. Niech pani popatrzy, jak te wróble szaleją w kałuży, a tam pod drzewem wyleguje się kot, którego całą zimę dokarmiałam z okna. Jak on przetrwał te mrozy!? To życie wiosną jest takie piękne!

Och, zasiedziałyśmy się, czas wracać do domu. Widzę, że córka po mnie idzie. Do zobaczenia jutro.

Pamięci Pani Wiktorii, po której zostało puste miejsce na ławce w parku.

komentuj 0 komentarzy

O urodzie

Już dawno apteki przestały być miejscem, gdzie przychodzi się tylko i wyłącznie po leki. Każdy z nas może się pochwalić całkiem pokaźnym asortymentem kosmetyków. W ślad za tym poszło także poszerzanie naszej wiedzy na temat działania zastosowanych w nich substancji aktywnych. Kto z nas nie wie co to jest Jojoba czy Parabeny? Ostatnio na topie są preparaty zawierające oleje uzyskiwane ze specjalnie w tym celu hodowanych nasion zbóż. Wybór jest coraz większy. Nasza wiedza też jest coraz większa.

Chyba już każdy przedstawiciel naszego zawodu może się pochwalić certyfikatami ze szkoleń na temat chorób skóry i jej prawidłowej pielęgnacji. Ta wiedza jest jak najbardziej potrzebna, ale oczekiwania pacjentów też stają się większe. Bardzo często szukają u nas porady i odpowiedzi na pytania, na które tak naprawdę odpowiedzi znają tylko lekarze dermatolodzy lub wykwalifikowani kosmetolodzy. Czy taki zwykły praktykujący farmaceuta będzie w stanie odpowiedzieć na wszystkie pytania odnośnie diagnostyki, leczenia i doboru preparatów do pielęgnacji naszej najbardziej zewnętrznej warstwy? Uczciwie trzeba powiedzieć, że nie. To nie jest nasza rola. Myślę, że będziemy jak najbardziej kompetentni w kwestii doboru kosmetyków po uprzedniej konsultacji pacjenta z lekarzem. Jesteśmy w stanie pomóc z naszą najlepszą wiedzą i wolą, kiedy wiemy, w którym kierunku mamy iść.

Zdarzają się jednak i takie przypadki, kiedy oczekuje się od nas wszystkiego: diagnostyki schorzenia, określenia rodzaju skóry i doboru odpowiedniego kosmetyku, a to wszystko w aptece pełnej ludzi w godzinach szczytu. Wszystko jeszcze przebiega w miarę dobrze,kiedy przychodzi pacjent zdecydowany i zorientowany w swoich potrzebach , ale co zrobić, kiedy pojawia się niezdecydowana z natury, absolutnie niezorientowana w niczym, a na dodatek uparta pacjentka? Ktoś mi kiedyś powiedział, że:„nie ma co się martwieć, rozwiązanie zawsze przychodzi z boku.”

Pewnego pięknego jesiennego dnia, kiedy słońce iskrzyło się na lekko zamarźniętych liściach, których listopadowy wiatr jeszcze nie zdążył rozwiać, apteka zapełniła się potrzebującymi pomocy ludźmi. Wśród nich pojawiła się młoda dziewczyna. Podeszła do okienka i poprosiła o „jakiś krem”. Pod pojęciem „jakiś krem” może kryć się wszystko.

Rozpoczęła się seria pytań pomocniczych: do jakiej skóry? Dla osoby w jakim wieku? Na dzień czy na noc? Tłusty, półtłusty czy nawilżający? W jakim przedziale cenowym? Te pytania miały na celu zawęzić krąg poszukiwań, ale o ironio wcale tego nie robiły, ponieważ pacjentka kontratakowała swoimi pytaniami: a jaką ja mam skórę? Czy już powinnam używać kremów do cery dojrzałej czy jeszcze zbyt wcześnie? Czy lepiej działają kremy na dzień czy na noc, które z nich są mocniejsze? Czy na dzień lepiej stosować krem nawilżający czy półtłusty? Czy na noc lepszy będzie krem tłusty czy nawilżający? Czy filtry zawarte w kremach na dzień nie będą jakoś wpływały na skórę, kiedy kremu na dzień użyję na noc? A co to jest…. Tu padło kilka pytań o substancje aktywne wyczytane na opakowaniach produktów, które pacjentka miała w rekach. Potem seria pytań o składniki dodatkowe, konserwanty. Na koniec moje ulubione pytania o Parabeny: czy to prawda czy mit, że ich stosowanie jest szkodliwe dla zdrowia kobiety? Które z tych kremów zawierają Parabeny, a które nie?

Co kryje umysł farmaceuty w takiej sytuacji, kiedy jest poddawany próbie na wytrzymałość styków w układzie nerwowym? Na egzaminie z Technologii Postaci Leków były łatwiejsze pytania. A tu człowiek stoi i się uśmiecha, bo przecież farmaceuta służy poradą z najlepszą wolą i przy użyciu najlepszej swojej wiedzy. Ktoś pewnie powie, że należy odesłać taką niezdecydowaną pacjentkę do drogerii albo do apteki, w której jest oddzielne stoisko z kosmetykami, gdzie pracuje personel zajmujący się tylko tą dziedziną. Może i racja, ale musielibyśmy odsyłać do konkurencji co trzecią pacjentkę.

Nadszedł moment, w którym pacjentka już jest bliska decyzji. Już sięga ręka po jeden z pięknie opakowanych słoiczków. Na mojej twarzy zarysowuje się wyraz ulgi i… „To ja się jeszcze zastanowię”- mówi. W tym momencie słychać jak inni pacjenci stojący w kolejce i obserwujący całe to zdarzenie wydają jęk. Stali i czekali cierpliwie aż zostaną zaspokojone potrzeby w kwestii doboru kremu dla Młodej Damy, a tu nic. Zmarnowane pół godziny. Takie sytuacje naprawdę się zdarzają i są mało satysfakcjonujące dla wszystkich: pacjentów w kolejce, pacjentki przy okienku i farmaceuty.

Owego pięknego, mroźnego jesiennego dnia, przyszła mi na koniec z pomocą inna pacjentka. Starsza Pani nie wytrzymała tej całej sytuacji. Tak samo jak inni cierpliwie uczestniczyła w scenie doboru kremu, stojąc w kolejce za Młodą Damą. Kiedy ta już odchodziła z pustymi rękami w stronę drzwi, Starsza Pani ją zaczepiła i powiedziała:„Dziecko, nad czym ty się tyle zastanawiasz? Popatrz na mnie- latem smaruję twarz śmietaną, a w zimie smalcem i spójrz jak wyglądam.”
Kiedy nadeszła kolej na realizację recepty Starszej Pani, kilkukrotnie czytałam jej PESEL .Nie mogłam uwierzyć, bo wynikało z niego, że ma 88 lat, a wyglądała na około 60. Może to jest najlepsze rozwiązanie na problemy z doborem odpowiedniego kremu? Na lato śmietana, a na zimę smalec.

komentuj 0 komentarzy

Bo marzec to już wiosna

 

 

– Ojej, Marian, nie do tej siatki, tylko do tej drugiej!
– Nie, a właśnie, że do tej, tu jeszcze jest miejsce.
– Ty uparciuchu!
– Ja jestem uparciuch? Chyba ty.
– Przepakowujemy się, i to już!
Taki dialog powtarza się prawie za każdym razem, kiedy pani Maria i pan Marian robią zakupy w naszej aptece. Bardzo lubię na nich patrzeć. Ich sprzeczki są zawsze pełne ciepłych uczuć i kończą się uśmiechem na ich twarzach. Są do siebie bardzo podobni. Nie tylko pod względem charakteru, temperamentu, ale nawet fizycznie. Ktoś, kto nie wie, że są małżeństwem od trzydziestu lat, mógłby nawet pomyśleć,  że są rodzeństwem. Czy faktycznie oboje są tacy uparci? Tak. Kiedy przypominam sobie ich historię, to widzę, że upór i determinacja są ich siłą. Siłą, której oboje zawdzięczają życie.

Państwo M., nazywani tak od pierwszej litery ich imion, są naszymi wiernymi pacjentami już od wielu lat. Przez te lata zawsze przychodzili razem. Razem też pakowali zakupy, za każdym razem odgrywając scenę kłótni małżeńskiej. Tak było do roku 2007, kiedy to pani Maria zaczęła pojawiać się coraz częściej bez męża. Na początku nikt z nas nie zwracał na to uwagi, aż do momentu, kiedy na twarzy pani Marii trwale zagościł smutek. Pani, która słynęła z pogodnego usposobienia, przestała żartować, tylko chciała jak najszybciej zrobić zakupy i wracać do domu. W końcu któraś z nas nie wytrzymała i zapytała o męża.

„Pan Marian podupadł na zdrowiu” – nikt z nas nie śmiał o nic więcej pytać. Każda kolejna wizyta pani Marii w aptece pozostawiała nas z takim dziwnym niepokojem w sercach i taką ludzką ciekawością. Coś się musiało stać.

Stało się, a właściwie działo się już od dawna, tylko nikt tego nie zauważył. Nie zauważyła też pani Maria. Okazało się, że jej mąż traci wzrok. Nie przyznał się nikomu, a w momencie, kiedy sytuacja stała się już bardzo poważna, popadł w apatię. To wszystko nie stało się z dnia na dzień, ale trwało miesiącami. Silny, postawny mężczyzna myślał, że sam poradzi sobie z problemem wzroku. Zaniedbał sprawę do takiego stopnia, że całkowicie stracił zdolność widzenia. Stracił także chęć do życia. Kiedy pani Maria zorientowała się, że dzieje się coś niedobrego i chciała działać, mąż zamknął się w sobie i odmówił współpracy. Nie pomagały ani prośby, ani groźby. Niestety, dołączyły się początki depresji.

Na szczęście, przed laty spotkał swoją połówkę jabłka w postaci upartej pani Marii. Pani, która nie poddała się zwątpieniu i postanowiła działać. Jak później opowiadała, w pierwszej chwili, kiedy zetknęła się z chorobą, czuła się zostawiona sama z całym problemem. Nie wiedziała, jak zacząć. Potrzebowała impulsu. Takim impulsem okazała się potrzeba załatwienia wraz z mężem sprawy urzędowej, przy której były wymagane podpisy obojga małżonków. To zmusiło pana Mariana do wyjścia z domu po wielu miesiącach ukrywania się. To było to. Kiedy poczuł powiew świeżego powietrza, powróciła iskra życia. Zmobilizowany do zadbania o siebie, ubrania się, poczuł znowu, że jest w świecie żywych. Pani Maria nie zwlekała z dalszymi działaniami. Zaczęła od niego więcej wymagać. Przypominając mu, jak to jest, kiedy obcuje się z ludźmi, nawet w momencie, kiedy się ich nie widzi. Spacer do pojemnika na plastyk, mieszczącego się na drugim końcu osiedla, był o wiele piękniejszy niż wszystkie ich spacery w okresie narzeczeństwa. Żaden inny nie przyniósł tyle radości. Takimi małymi krokami zmierzali ku lepszemu życiu.

Sama mobilizacja męża to była tylko połowa sukcesu. W tym samym czasie pani Maria szukała pomocy specjalistów. Pukała do każdych drzwi, do których znalazła adres. Lekarz POZ, numery instytucji pomagających rodzinie znalezione w lokalnej prasie, krewni i znajomi. Wszystko po to, aby ocalić człowieka, którego tak bardzo kochała. Kochała mądrze.

Udało się jej. Trwało to bardzo długo, bo kilka lat, ale nadal są razem. Po wstępnym leczeniu depresji przyszedł czas na ratowanie wzroku.

To, co wydawało się niemożliwe, stało się całkiem realne. Pan Marian nie odzyskał zdolności widzenia całkowicie, natomiast w takim stopniu, że umożliwiało mu to w miarę samodzielne funkcjonowanie. Dzięki temu nadal możemy słuchać ich przesympatycznych sporów:
– Marian, za lekko się ubrałeś, będziesz chory!
– Kochanie, no co ty, przecież marzec to już wiosna!

komentuj 2 komentarzy